Eryk XIV

Szyby carskich pałaców, jak kry, się rozprysłyOd wód Białego Morza po zielony Krym —Kraśne sztandary, ostre gwizdyRozpruły płachtę niebios jak armatni dym.

Martwe kamienie placówPoczuły ucisk twardyStóp,Gdy wirujące raceI wściekłe petardyStrąciły kości gorąceW tlejący grób.

Zdmuchnął latarni żółtych rządZwycięstwa dech, gnający pułki,W stolicy rozhulanej krwią zlane zaułki,Jak w usta, skoczył biały trąd.

Pełgające w księżycu srebrzyste bagnetyRozwidniły żałobę stratowanych miast,Dekrety czarnych liter urosły w sztachety,Grodzące uśmiech ludzi od uśmiechu gwiazd,

Na wymiecione trwogą, północne uliceWychynął głodny żeru, zwinny szary szczur,Zza zdań, regulujących płace w respublice,Wysuwa sine palce mór.

W stolicy, Rzymie, Londynie, Tokio, New-Yorku, BrukseliDzień nudy wstaje powszedniej po dusznej nudnej niedzieliI, jak wczoraj, jak jutro, i jak w każdy dzień,Mąż o rzymskim profilu i w czarnym krawacieNa trybunę podąża pod lamp białe blaski,O narodów wolności — mówi — o traktacie,O racji, demokracji, o długów zapłacie — —(Oklaski).

Za sto lat, Europo, znów ten dzień powitasz,Jako tęczę wschodzącą Nowego Przymierza,Gdy tłum z szklistą źrenicą podpalał Ermitaż,A rudy żołdak gwałcił Venus Velasqueza.

Na mównicach, w stolicach na krzyż Go rozpiętoTysiąc razy, lecz nigdy w tak płomiennej glorji,Gdy na dymach zwichrzonych, jak skrzydła wiktorji,Wzlatywał nad czarnego chama gorzkie święto.

Zwęglona chmura wyżej, gwiazdy gasząc, niosła,Gdzie kometa zwisała, jak złocista frendzla,A w salach tlały płótna natchnionego pędzla,Krzesła inkrustowane i Matka Bolesna.

W piwnicy, gdzie śmierć straszy i lęgną się myszy,Mały chłopiec, gryzący zimne palce z głodu,Ujrzał białą gołąbkę w nieba jasnej ciszyPonad głowami narodu.

Klękajcie, parlamenty,Piszące kodeksy:Oto jest ŚwiętyAlexy.

Zza Wołgi, zpoza Krymu, zza Białego Morza,Zza równi bezgranicznych, gdzie wiatr, płacząc, hulaDźwiga się w strasznej glorji Aureola Boża —(U szyi carewicza ołowiana kula).

Za kurtyną szmer powstał i puchnął i wzrastał,Jakby lodu chlipały pękające nurty,W obcym chłodnym teatrze, jak w tysiącznych miastach,Nawała zdarła tysiąc kurtyn.

Słowa szybkie, skaczące, wyrazy, jak grom,We frenezji, w szaleństwie, w ekstazie pośpiechuW uśmiechy, które usta drą,Przerzucał, jak sztylety, Czechow.

Imię wąskie złowieszcze, jak oczy chimery,I mściwe ruchy małych rąk,W dźwięczący patos spiął i sprzągłKról w furji — jak Archanioł: — Eryk.

W ten dzień, w buntu godzinie,Gdy w piersi wpijał dłonie krwawe,(W Berlinie, czy Brukseli, Rzymie czy Londynie)Ocknął się pośród kukieł i martwych zabawek.

Ludzie! Widzowie!! W drzemce siestPatrzcie, jak Rudy Szatan z foteli powstajeI królowi jad śmierci w ukłonie podajeI króluje w ulicach, który Bestją jest.

W teatrach czarny płomień zażegł,Zielone gwiazdy miota w kraj —Pod kolumny obłoków zakłada ekrazyt,Allons, allons... Vive la canaille!— — —

Na piętrze już najwyższem, na ciemnej galerji,Gdzie, jak skok, się zaczaił stłumiony dech Boży,Rozdarł się spazm kobiecy, drwiący szloch histerji — —Car, który umarł, ożył.

Comments

Loading comments…