Hymn (Napierski)

W poranek każdy, chłodny, modry i jednaki,Ponad ostatnim piętrem oglądam wysokoOpadające zwolna ptakiW toń głęboką.

Jak migdał jestem gorzki,Jak ranek czuły,Związały mnie dorożki,Ulice skuły.

ZaklęciW gorycz głazów,O, święci, zestąpcie z obrazów!Robotnicy,Przeszyci o świcie gwizdawką fabryk,Dzieci drobne,Ze snu biegnące w ranki chłodne do szkół —Dość już! Niech każdy prosto z ulicyWzleci,Gdzie niebo miota chabry modre.

Popatrzcie na nas. Widzicie:Idziemy uśmiechnięciSkąpać w błękicieAureolę obcości wokół bladych czół.

Któryś to miasto okułW mostów żelaznych pierścień,Zwieszonych nad rzeki,O, czemuś mnie zagubił w twem straszliwem mieście,Wiecznie daleki?

Spójrz, oto dnie.Rosnę olbrzymiGłową zaplątany w druty,Bity przez aeroplanów śmigi.Przedmioty za witryną szybyPogasły. Słońce dymi.Jarkie ślepia tramwajów wystawy potłukły,

Z wystaw fryzjerskich idą malowane kukły,Za ręce się ujęły jabłka i peruki,Psy włażą na przystanków karminową żerdź,Oczy pękają, jak huki:Oto błękitna śmierć.

Bądź mną na jedną chwilę,Niech Cię w gardło łaskocą dni — ćmy, jak motyle,Samochody dreszczem grozyPrują dymiące i szkarłatne żyły,Niech szary mózg otoczy Ci tuman narkozy,W który drzewa, drzewa zielone się wryły.

Wieczorem, gdy Cię pragnę w złoceniach perspektyw,Jak bochna chleba,On się wychyla, Twój czarny detektyw:Komin fabryk, jak fallus, wbity w ruję nieba.

Straszny, jak święto,Pusty, jak dzień,Któryś mnie rzucił w otchłań niepojętą,Rzuć na mnie cień.

Zaryty w kamień i wplątany w płomień,Widzę, jak w korze drzew pulsuje zielonawy ogień,Słyszę Cię w traw szeleście,Zamknięty w ogień niebieski:Ja jeden widzę w Twem straszliwem mieście,Że śnieg jest z wieczora niebieski.

Który co wieczór słyszę chód anielskich stąpań,Niech mnie wreszcie owionie chłód Twych wniebowstąpień.

Comments

Loading comments…