Jedna noc (Napierski, 1936)

Melodja nocy: wczesny wyje wiatr,Akompanjament twojej samotnościNiezwyciężonej. Tam, w śniegu kurzawieDachy i w blasku blaszanym księżyca;Tu okiennice, nieudolną dłoniąWprawione, ślepną, jak martwe źrenice.Ach, zły doradco! o, poszepcie mroczny,Huczący basem przesadnym w tych szybach;Wystarczy wargę przytknąć, ledwo chuchnąć,By taflę czarną tchnieniem przepołowić,Jak diament kraje szkło, — tak bezboleśnie.A przestrzeń, która wzrasta, czyliż nie jestEchem tłukącem serca? śladem jawy,Cieniem muzyki, którą tak jest trudnoWyplątać z żył tętniących, z szumu krwi,Jakby zabójstwem było jej wcielenie?Rozpaczy widna w ciemności! RozblaskuNa wysokości oczu: jak rozszerzyćWzrok nieruchomy, aby sprostać rzeczom?I w jaką trąbkę u warg zwinąć dłonie,By głos przekrzyczeć wichury, co spada,Wodogrzmot głuchy, po stopniach kamiennych

I gładzi tafle z głazu i z tarasuNa taras zwisa, jako struga czasu?Trzeba nam trombit anielskich, nie warg;Nie palców, które ryją się w wyrazach,By bezcielesne drążyć, wyłupywaćŹrenice szkliste, łupiny kryształówWieszać na strunach, by zabrzmiały we śnie.O, dźwięków dość! Rylca, by ciosać mrok.Może skrzypnęły drzwi? Lub rdzawe kurkiNa pochyłości dachów przywtórzyłyIronją? Illion nie płonie, to lustroOdblask rzuciło na mury i stół.O, wiem. Milczenia nocy wielogłosaDrabina sięga nad pochyłe dachy,Kominy prostopadłe w czerni, ponadWestchnienia stworów, meble czuwająceI tak bezbronne, w napowietrzne kręgi,W spirale nieme, w obrót wiru, w wiatr.Nie pukaj do drzwi, cieniu. Jak nam wrócić?Kołatasz. Palce sztywno wyprężone,Jak struny szorstkie, a paznokcie zdarteO mury. Czyż nam obu liter trzeba?Szczelnie powieki zawarłszy, nie stąpaj,Ust nie zaciskaj gorzkich, jakbyś wzywał.Potkniesz się. Gdy się spotkamy u progu,Już nie zaszlocha nikt.

Comments

Loading comments…