Krawaty

Pogrzebane w wąziutkiej lakierowanej szufladzie,W długich pudłach stojące na marmurowej ladzie,

Gwiaździste, niebieskawe, chłodne, popielate,O, z wody i niebiosów utkane krawaty!

Obywatele, bliźni, liczni i spokojni,Każdy błękit natchniony pod swą brodę kładzie,I wiąże toń różową, leżącą na składzie,Pod mordę wygoloną różowy modny strojniś.

PrążkowatePrążkowane i zmienne, jak gorzkie morza wody,Kokardy, rysowane w irysy, jak kaprysy mody.

Jaki młodzieniec i jaka słodka wiotka pannaPozna lotną fantazję, gnącą się w fontazie —Spójrzcie! Węzły krawatów natchnione są, jak kolor na obrazie,Czyste strzeliste, jak rosa i zorza ranna.

Szewcy, zapoceni rzemieślnicy,W niedzielnej kolorowej kokardzie,O, wy jesteście warciTej świątecznej, niebieskiej i wielkiej pętlicy!

W naszych szafach nieprzewietrzanych, dusznych,Śmierdzące naftaliną mrą w mrokach bezdusznych,Złą ciszą przesycone, krawaty mściwe wiszą,Szmernie, jak szczury, szeleszczą i lekko się kołyszą.

Na, krochmalonym gorsie sinej frakowej koszuli,W białym krawacie bies się zaczaił i skulił.

Wdzięczy się w czarnej poważnej kokardce,W której do anemicznych dziewcząt lubieżni chodzą starce.

Prowadzi dłonie poety,Co wiąże codzienności białe i żałobneSerwetyWokół szyi szeleszczące, sztywne i chłodne.

A w ów poranek wzmogą się, pobiegną, wyfruną fontazie,Jak sztandary bijące, trzepocące o twarze.

W ów dzień opuchłoszyi pójdę ulicą,Zerwą się zewsząd i szeroką, jak horyzont, ogarną mnie pętlicą.

I już się nie wywinę, nie wydrę im z duszą,Gdy mnie opaszą wkrąg,Oczy zagasząI zdusząMiljonem rąk.

Comments

Loading comments…