Orzechy
Zielonych liści gorycz zmieszana z smutkiem lip,Pamiętam siebie chłopcem wybladłym i bezradnym,W różowo—wonnym szumie płynącym w dni bezładne.O, ławko pod orzechem. Bronzowy obok grzyb.
Żaluzje śpią zielone. Niebieska lśni polewaNa donic okrągłościach. Cytrynny ciepły zmierzch.Znów siedzę na ławeczce, wplątany w słodkie drzewa,Wsłuchany w szelest ciemny, daleki, jak ma krew.
Czuć w dłoni cierpką kulę! O, łupać miąższ zielony,Z twardej łupiny wygryźć zębami biały mlecz!Smakować w ustach wiatr, co trzęsie drzew korony,Sok słony, którym kipi, jak owoc, każda rzecz.
Przy straganach przystaję: amerykany tłusteKupuję, mdłe orzeszki, skręcone, jak ślimaki —Ale już nie jestem taki, jako wtedy, o, już nie taki:Mam bardzo gorzkie i niechętne usta.
Nie rozgryzam korzeni, nie schodzę do trzew,Ulicami, ulicami w kółko sennie chodzę,Zasłuchany, zaplątany w szumy dziwnych drzew,Zapomniany i zamknięty niepojętej trwodze.
Aż wzrosnę i rozpęknę w zielonawej kuli,Wypłynę białym mózgiem, jako jądrem, orzech —O, Wierna, chloroformem siwym mnie otulisz,Na warg spękaną korę złożysz Glorie Boże.
Comments
Loading comments…