Pociągi

W dalekim smutku dzieciństwa, malutkie, jak punkty,Wagony sunące wolno przez strome wiadukty.

Oczy, w ślad odjazdów tęskniące za niemi,Kołyszące się równo aż do ciemnych remiz.

Z pod wysokich pochmurnych sklepień znów w oszklone haleWjeżdżają, i stoją w chłodne poranki ospale.

A gdy ruszają z brzękiem żelastwa, jak trenzli,Pędzi je zadyszenie w drzew strzępione frendzle.

Miotając płachty ziemi, skiby pól za siebie,Po glebie czarnej gnają, w lazurowem niebie.

Stacje w lot pomijając w zadyszce głębokiej,Jak pioruny wpadają w stłoczone obłoki.

Ledwo pod wieczór cichy wśród bladych akacjiCzują zielony spokój wolno mijanej stacji.

W gwiazd migot między jarkie szkarłatne latarkiSnop skier pomarańczowych miotają na parki.

Nim je omota drutów ostra groźna sieć,Świstem zdmuchują stawów czarnych złotą śniedź.

Wy, potwory, chlejące wodę na zakręcie,Gigantycznie pędzące w stu-parowym tempie!

O, bardziej fantastyczne, niż fantazje Wells’a,W bezkres w pędzie idące śliczne lśniące relsy.

Znów w tunel się rzucacie, jak w szumiące studnie,I po chwiejącym moście gnacie, który dudni.

Łuki z koronek stali, spięte nad przepaścią, dla was.O, dymy, gęste od sadzy, i czarne, jak lawa —

Wtem słupy roztrącając, jakby las metafor,Stajecie, drżąc. Wstrzymane przez sprężony, jak palec, semafor.

Ciskane w serce świata wielką straszną żądzą,Poczujecie obłoki, co nad wami ciążą.

Niebo dzienne ni nocne w oddal was nie wygna,Staniecie, miast pofrunąć, spętane przez sygnał.

Patrzącemu w ślad ptaków na zorze jesienneSmutki dziecka powrócą, dawne, nieodmienne.

Comments

Loading comments…