Poemat klasyczny
Szuflady zawrę szczelnie; wszystko mnie opuści.Kosem spojrzeniem ujrzę: świecy jęzor pełga,Płomyk, skośnie wygięty, zaledwo rozchwiany,Jako na skroni stromej twój kosmyk, Apollo!Szary podmuch od morza tak go złożył płasko,Że trwa jak nieruchomy, wymierzony w przestwór,Pół-wygięciem tęskniący za oknem otwartem,U dna którego nurty płaskie jednostajnymPluskiem liżą pobrzeże i ukośne skały.Sosna, zboku czerniejąc, jak żałobna struna,Cykaniem szarem świerszczów ocieka, jak wróżba,I, chmury przebijając tym psalmem żałosnym,Bladą opaską spina twe wargi, Apollo!Masz strome barki, chłopcze, a usta stalowe,Krajane pocałunkiem, szorstkie od słoności,I język z nich wystrzela, jako płomień świecy,Bym, rozdwojonem żądłem muskany przez piersi,Wił się w jęku rozkoszy — rozłupany posąg.
Comments
Loading comments…