Poemat o Spinozie

W patrycjuszowskiej republice nie byłem burmistrzem.Nie kroczył przede mną po głucho dudniących płytachhalabardnik, gdy zbliżałem się rozważnie, nie przyśpieszając kroku,do portu, witać odchodzące galary:ładowne cienkim jedwabiem, skórą wyprawną,winem dostałem na zboczach dostojnego Renu,i bursztynem szacownym, równym złotu, przez morzewytapianym, jak wosk, który z tajemnic Wschoduwonne, jak róża, przywabiał olejki. Anim wśród straży przejeżdżał,grodzony od tłocznej gawiedzi, od hardego pospólstwa,gdy obok kluczy grodu ciężkich jak kiesa, wpół mostupodawano na klęczkach, na tacy, srebrzyście kowanej,wespół z solą i chlebem, puhar, pieniący się żwawo

perlistym Bachusem. Anim do lochu zstępował,sądy sprawować, wpatrzony w szalki ślepejSprawiedliwości, z mieczem obnażonym w dłoni,gdy na podwórcu, winem dzikiem obrosłem,przeraźliwie dźwięczały trombity zwolna wznoszonedo warg nieletnich młodzianków. Anim ciężkich rękawicz furją nie rzucał na traktat złamany z cesarzem,gdy blady niepokój oblicza obecnych przemieniał w posągi,a pieczęć zwisająca wśród świec rozbłysła, jak krew.

Moi przodkowie po nocach, czarniejszych od chust śmiertelnych,czuwali. Kościstemi palcami, zgarbieni, ze skórą wyschłą na skroniach,zwolna przekładali karty pergaminów, przejrzyste od starości;oczami zapadłemi w głębokie oczodoły śledzili znaki Kabały,koła i straszne trójkąty zodjaku. Rytuałem pradawnymze zmarszczką wyniosłej mądrości na wargach bezkrwistych składali dłoń nad czołem,szepcąc słowa tajemne, szeleszczące jak piachy pustyń,palonych słońcem bezpłodnem. Obrzucanikamieniami na rynku, odgrodzonym łańcuchem,

pośród gontów gotyckich, opadających stromo,dachów pochyłych i czarnych, dalekim morskim powiewemchłodzonych, — przetrwali.I trwa, która rzeką stuleci szarpie me żyły osłabłe,niepojednana ze światem, wroga, w okropnym triumfiekrew.

Comments

Loading comments…