Powrotna lektura

Ach! jakże dawno prozy nie czytałem,ciemnej, jak wino, aksamitnie-groźneji melodyjnej: Fryderyka Hebbla.Czemuż wspomniałem ją dzisiaj? — Wiatr szumii supła liny deszczu, jak okrętu,co w przeszłość sunie, rozwinąwszy żaglerude; gałązki o szyby kołaczą,jakby od marnych łez młodości mokre,jako wilgotne drobne piąstki dzieci,nieutulonych w szlochu, wystających,aby je wpuścić nocą, drżące — ogrzać.Czemuż dygocę, przyłożywszy czołodo tafli czarnej, jakbym patrzał w studnięi śledził pręgi srebrne, księżycowena dnie wabiącem, śpiewnie-obłąkanem,jakbym wstępował w muły jezior mrocznychi zmartwychwstawał, nagi i w torturze?

Pamiętam: szczupły tomik w karminowej,w ciemno-wiśniowej okładce. O, zmierzchy,o, rąbki cienia na stole otwartym— jak plastry rany nigdy niezamknionej,sączącej krew niechętną, jak gangrena —o, zwolna przesuwalne pasma lampy,gdy, wsparty w muszli dłoni, jakbym słyszał,mamlałem obce, wspaniałe wyrazy,obiecujące wszechświat, śmierć i miłość;

od obietnicy aż tak pękające,jak strąk od ziaren, i jak pomarańcza,sycona słońcem, soków brzemiennością,która goryczą cierpką, ściąga gardłoi bliznę, nigdy nie zarastającą,na podniebieniu narysuje płasko,jak nóż! — gdy wkrótce gnijącą jeść będziesz.

Wązki był ganek po prawej (pamiętam),lecz długi, dziwnie szary; wybiegałem,z włosem rozwianym, z pałającem licem,aby je chłodzić o wichury ziemi,wstające w świerkach i gąszczach szumiące,jak zew, muzyki pełen i błagania.Tam biegłem w dżdżysty dzień; sunęły chmury,strzępione, jako serce; tam, na rogu,pluskały strugą rynny, jak okrągłewargi trytonów, napół-rozchylonei w marmurowej plujące harmonji.Biegłem, wracałem. Jeszcze mogłem wracać.

Cóżże zostało z wielkiej obietnicy,o, Fryderyku Hebblu? Oto kłamię,aby módz przetrwać, jako ty, słowami.Góry nad nami, a ludzie pod nami,i nie czekamy niczego, spokojni.Lecz jaka gorycz, większa od harmonji,lecz jakaż miłość, większa od miłości,pali me wargi i mówić zabrania?Przy oknie stoję, skronie zapadnięteku szybie chylę, na nich krople potuchłodne (nie zbierze ich niczyja chusta,ni dłoń, — jeżeli: to ta niewidzialna,

a ona będzie krająca, jak wawrzyn,ostry, złocony, martwo szeleszczący!).Oto nam ziemia pod usta podpływa,morza, posągi, gwiazdy przyzywają,a my stoimy, bardzo nieruchomi,jak na pokładzie wielkiego okrętu.

Znów pod rękami dziś wyciągniętemiczuję parapet, chwiejny, jako struna,koniuszczkiem palców ledwo go dotykam,jakbym się wspierał.

Comments

Loading comments…