Prometeusz (Napierski, 1936)
Wzwyż unoszony... Pływak, kiedy przestwór niesie,Płasko, a on w uśpieniu dygoce na fali;Dłonie rozchwiane ponad chmury, liryPorozstrzelane pęki, błyskawicePalców, łowiących blask.
Szczupły w locie... W przestrzeń czystą się wynurza,W powietrzu nasłuchując ucha muszlą drobną:Zdołu bełkotliwego OceanuSpieniony głos.
Prostopadle, miotany przez podmuchy sporne,Wzbija się w zenit, złoczyńca niepokalany!Zanim nie przystanie na łące elizejskiej,Bóstwo w udręce.
Ramię pochyło, jak pióro, zwężone,W źrenicy pusta szczelina widzenia,Nad łęgiem, jak kolumna podpalona,Struga gołębi.
W świetlanym wzroku, w toczonej z szkła kuli,W patrzeniu widnem więziony, nie mogąc,Między plejadą a sobą zawisły,Zbawić śmiertelnych.
Comments
Loading comments…