Tamtość

Płynne szkło w niepojętym kołysie dorożki,Domy skośne naodwrót w mijającem lustrze,O, któż z was, dźwigających horyzonty gorzkie,I ulicą złamaną idący, idący,Wreszcie się ustrzegł,By nie pomyśleć o tem, co nie przyjdzie, jutrze?

Będę krzyczeć: między ulice realneNie chcę z tamtego świata pasażera,Kto go opuścił w dnie straszne upalne,Niech go z powrotem zabiera!

Każdy pamięta z dzieciństwa palącego lęku,Co nigdy nie wystygnie,Szum ciemności u drzwi niewiadomego pokoju,Powracający w malignie.

Plusk wody z wszystkich kranówMistyczny, jak krew,I mglisty strach w każde rano,Sięgający trzew.

O ciągle jest, co było wprzód,Zamknięte w mętny kryształ dni,Żółty pas światła z poza półdomkniętych drzwi,I żółty wrzód,Co wzbiera tajemnicą krwi.

Nie zdławić drżenia ręki, co podnosi szklankęZłocistej herbatyI drżenia, aby kochankęNie zadławiły w szafie drzemiące krawaty.

O gdzież przepadłaMłoda ma twarz z przed laty, chwytana przez luster cienie,Dokąd powędrowało tamto bezpowrotne wejrzenieI cóż kryje za sobą gorzka głąb zwierciadła?

Okna zasuwają z hukiem zielone żaluzje,Bramy się zawierają, tajemne, jak dekret,Cały świat do ust przykłada wielki palec:Sz-a, Sekret.

Po dniu nieprzytomnym, po nocy ciężkiej, jak kłoda,Moje oczy wypełzłe, biało-mysie, stare,Co rano zalewają snu przezrocze wody:Ze studni niepamięci wracające czary.

Ciągle czuję rytm rzeczy, co w niebie kołacze,Wymachuję rękami, wtłoczony między ostrza niewidzialnych śrub,Aż wydrę się z otchłani, wyplączę z rozpaczy,Gdy zwalę się na ziemię, zdziwiony miękki trup.

Comments

Loading comments…