Winckelmann

Pod arkadami, gdzie mnie namydlonopianą, goryczą migdałów pachnącąświeżych, — gdy balwierz pod godłem, brzęczącemw wietrze, co jodem zalatywał z portu,wecował brzytwę spłaszczoną i tępą:wieczór dogasał wśród lamp mlecznych zdala,jak puls przestrzeni drgał, albo jak wargijaskrawe, jadem karminu barwione,wpół-rozchylone śpiewem ku powiewom,które muskały żagle rudziejącena burej fali; wśród gnijącej wonimelonów, rozłożonych i otwartychna ślizkich brukach, szedłem krok za krokiemku wylotowi uliczki: ku molo.

Tam przekreślały kadłuby okrętówlśniących perspektyw trójkąt rdzewiejący,czarne na srebrze sinem; tam syreny,krwawe i piękne, niby płeć rozwarta,wabiły; suche w łachmanach żebraczkii chłopcy, twarze kryjący zbyt białepod murem domostw, z których płaty tynku,jak strupy, opadały, — jakby cienietu ocierały się o mnie. — Wybiegłem!

Na mokrym brzegu kamiennym wysmukli,o zwisających dłoniach marynarze

mijali się niedbale stopą lekką,jak oswojone bestje, swym tanecznym,sprężonym i drapieżnym krokiem. — Otoś nadszedł.

Wspomniałem cię w tem mieście strasznie cichem,gdzie, by zaczerpnąć oddechu Hellady,stanąłeś na wybrzeżu niegościnnem,w czarnym i rudym Tryjeście, — spokojny!Piękna szukałeś tu, co cię zabiło,jako z posągu fałd sztylet rozbłysły,celnie ostrzony, płaski, niezawodnypuginał! Jak los własny, tak mi-ś blizki!W bezksiężycową noc dłonią znużonąnieco papiery odgarnąłeś z stołubardzo prostego (gdy przystań smagałabora wyjąca, zdmuchująca gwiazdy):wtedy żałobni, biali cię dopadlimłodzieńcy, których zapragnąłeś wskrzesić,i zbiry.

Tak już zostałeś. Z głową odrzuconą,bez jednej kropli krwi — w gwiazdy zwróconą,chmurne i wietrzne, — zastygłą i białą,jak nieśmiertelny marmur.

Comments

Loading comments…