Wojaż — całość
„Il voyagea.Il connut la mélancolie des paquebots,les froids réveils..,l’etourdissement des paysages et desruines, l’amertume dessympathies interrompues.Il revint.”
Przejechałem z nad Renu aż nad Leman— dyliżansem umarłego poety —znów Evian piję miast Apollinaris,spragniony wody Lety..
Gra mi trąbka, ta z przed wieku,lecz nie w płaszczu kroczę, w szorstkiej bluzie;któż-że śladem naszym błądzić będzienad wodospadem w Szafhuzie?
Widzę konie spienione, zielony szali anglików z pledami w kratkę;ach! gra pocztyljon widmowy —przestąpmy tylko kładkę..
Słychać, o, Edwardzie!szum młyńskiego koła,z wałów krzyczą: „Wer-da?“— licho z głębi woła..
Nocy rusałczana,ruinami błądzę —
huczą w szumie pianyzaklęte wrzeciądze.
W oknie biała damao pręty kołacze —ulatują z wieżywrony i puhacze!
Podobny do ślepych nurków,których głos głębi woła,stajesz, o, śmiertelny! w Strassburgupod kolumną Aniołów..
Pocztyljonie! z drogi,przesadzim rów dziki,gąszcz ciernisty, głogii nieśmiertelniki!
Zamek, baszta, mosty,czółna, płaska tratwa,fosa, róże, osty— a nad czołem gwiazda!
Krów dźwięczne dzwonki,góry w żałobie,puszyste łąki,(myślę o tobie
ze łzami prawienad jasną strugą;nie wiem, jak długotutaj zabawię,
w tej rezygnacji,którą się bawię),Patrz! wargi krwawięo cierń akacji.
Nie o akantuzłocone liście,ani z Brabantucudnie-przejrzyste
siwe koronki: —ale o chmuryszorstkiej wichury,puszyste łąki,
o leśne dzwonki,lila gencjany,o! nie rozchwianena górskim wietrze,
lecz o powietrze,które-m pijany,o smukłe łany,skośnie na wietrze
ukrzyżowane!o ciebie, strugo,bijąca długoechami lustra,
o loty ptakówi o kaliny,o czerwień maków,o jarzębiny,
o polne głogi,studnie-żórawie,pola, rozłogi,usta me krwawię!
Zbrodziłem wody,przebiegłem kraje,cóż dla ochłodywarg pozostaje?
ani lodowce,czarne cyprysy,dzwoniące owce,wzniosłe napisy!
ty, glebo rolna,w ubogim kraju,
ty, gruszo polna,na dróg rozstaju,
skręcona dziczkoo szorstkiej korze,gdzie pod kapliczkągłowę mą złożę.
Niebezpieczne dalekie podróże,Kaliny — coraz krwawsze.Serce drobne, światy duże,Kresu szukasz zawsze.
Gór olbrzymy! Spójrz — raz jeszcze,W otchłań gwiezdną popatrz! —Serce w słowie czyż pomieszczęTak wielkiem, jak rozpacz?
Klony i akacjeSkaliste upłazyDrzew iluminacjeRozedrgane cienieU nóg sypkie głazyHuczące strumienieGrzechot kul w kręgielniSerce na żaluzji.
Zielone sztachetyPręty roztęczoneJak oczy irysyDziwnie zapatrzoneW jaką spojrzysz stronęŹrenico poety:Kulisy! kulisy!Krwawo zabarwione.
Pnącze dzikie winaNagietki w ogródkuNie twoja to wina:Zamyślenie smutkuTa piekąca ranaJesiennej goryczyPosłuchaj! usłyszyszCiemną fletnię Pana.
Sosny pachnące mocnoStrzępki gazety w laskuJak nadwerężone skrzydłaNa wozie drabiniastymSkacze nadzieja z rumieńcem ceglastym
Wieczorze!Jak Jan Jakób zadumany w borzeGrzęznę w mchu zielonymOczyGdyby położyć się na szynach kolei
Ach, więc znów drogie hotele,Te oznaczone gwiazdką!Ale gdzie jesteś, stracona młodości,Gdzie giniesz, blednąca gwiazdo?
Patrzę w ten zachód łzawy i krwawy,Nikt nie podaje ręki;Tyle samotnej daremnej sławyI zasłużonej udręki.
Czarno-zielona fala za falą,Jak wtedy, u stóp mych przepływa.Czemu mnie wzywasz, w spoczynek wołasz,Miłości moja nieżywa?
Pamiętasz? Tam, w zajeździe w Brescji,Nie hotel, szara to gospoda.Mur tynkowany, jak w powieści,I księżyc. I szumiąca woda.
A rankiem żołty plac. Na skwerzePlama zieleni. Placyk suchy.Pousadzane, jak w operze,W słońcu dziewuchy i staruchy.
I ten dziedzińczyk wśród różowychMurów. Krużganki wokół kruche.Wnęki. Cień rzeźki i laurowy.I chłodna studnia wśród posuchy.
Przypomnij! Noc nas tam zawiodła,Gdzie ćmy się ważą przez powietrzeLetnie. Posłuchaj brzęku godła,Jak dźwięczy, rdzawe, na wietrze!
Rafałowi Malczewskiemu
W przedsionek tłumnie już włażą,Spragnieni wulgarnej powieści:Na operowym ołtarzuMadonna z gipsu niebieskaSiedmioma mieczami boleściPrzebita: — tu klęknąć każą,Z zachwytem patrzeć do góry,Gdzie srebrne aniołów chóryI w farbie zastygła łezka,A wietrzyk w firankach szeleści.
Tu: porfirowa kolumnaZ Achilleionu, o którąOparta czołem — och, dumna! —Szlochała przed własną figurą.
Nad białą serwetą Trójca,W złotym klęczniku nikt nie łka.Gdzie rudy padł samobójca,Słyszycie? — Szloch leśny źródełka!
Dać-że ten wierszyk do druku?Orzekną: „chryja zbyt tkliwa,a pejzaż z oleodruku!”Lecz: zieleń, zieleń tragicznie prawdziwa!
Maleńkie miasteczko nad rzeczką(zaledwie ujrzane oknem),gdzie Goethe namiętny po sprzeczce,miast siebie, zabił Werthera.
Kołyszą się czółna z idyllipośród mrocznych topoli,i róże i dach skośny moknie,ruina mija powoli, —
a przecie blednę śmiertelnie:jesieni! aż do tej chwilion nie przestaje umierać.
Z za szyby wagonu rzeczułkamroczno-zielona (jak wtedy),a w niej odbita jaskółkamuska kawałek nieba.
Powracasz w knieje dawne,w białe, żałobne ulice,w drżące, nadbrzeżne topole,wspomnieniem błogiem chory:
szarawo srebrnieją winnice,rudawo płoną bory.
O, rozrzucone na wiatrysłowa moje pochwalne:mój Boże! już kwitną astry.
Z trudem, z jękiem chrapliwym, biją, jak w studni, zegary,błagając niebios umarłych: a może centurjon przybieży?Tynk się sypie miarowo z dostojnych łuków prastarych,jakby nie młot, ale Anioł, kuł w tarczę miedzianą wieży.
Między sklepienia omszałe, gruzy imperatorów,ruiny, walące się zwolna, kroczę w miesięcznej ciszy,budzący werk szczękający, wrzaski tragicznych chórów —— dudnienia kroków na płytach nikt, prócz zegarów, nie słyszy.
W Dreznie błądzisz, jak wszędzie. Oglądasz klejnotyi precjoza wymyślne o matowym blasku;przystajesz w słońcu, które blade miota grotyi w deszczu, co na miedzi szmaragdowej pluska
dachów, pod utoczoną barokową wieżą,lub pod latarnią z bronzu, skręconą na częścifantastyczne! — Obłoki ciągną w wietrze świeżymi bliska jasna jesień... — Jak trudne jest szczęście.
Nie wśród lauru statuy rdzawe,ni baszty rozwalone —lecz jarzębiny krwawei dęby mroczno-zielone.
Nie romantyczne z darniławeczki, o zmierzchu motyle,ale krzywe latarniei drobnych rentjerów wille —
I szosy asfaltowane,auta, sportowe berety,i ścieżki wyżwirowanei szalety i z lakieru sztachety!
A w parku księżna chudaw śmiesznej fryzurze z cokołupatrzy: wróble i nuda,brak kasyna, więc niewesoło.
A przecie ciebie sławię,o, jarze, forteczny wąwozie,gdzie wśród jarzębin krwawychjeździła w otwartym powozie!
O, romantyczny mój wojażu,o, miasto drobnych komis-wojażerów,gdzie lwy z piaskowca czają się na strażyu bram wzbogaconych rentjerów!
Marja-Krystyna (nie ta główna,lecz na cokole księżna holenderska)patrzy: o 4-ej dama wiedzie pieska— a na Saarze płaskie są czółna!
Tu pod fortecznemi murami,w jarze mrocznym, wśród dzikich zarośli,sypiają kuchty z żandarmamiJej (i Jego) Książęcej Mości.
Tam na placu gra wojskowa orkiestraprzed zapuszczonemi żaluzjami,i czuję dawny dreszcz i przestrachi żal mi młodzieńczych złudzeń!
Bo z ulic widzę: już wiążą snopy,bo słyszę szmer ruczaju (to ich rzeka),a za kulisami, o, Europo,jak groźny sufler, znów czekasz.
Ale tu jest wieczór z wodewilu,latarnie zielone i krzywe.W rezydencji śmiesznej i szczęśliwej,pozwól, że odpocznę przez chwilę...
Tu walczył Mierosławski,Tu łamał szablę i słowo,W konfederatce z barankaTu pięknie deklamował.
Zroszona jest krwią polakówTa ziemia, płynąca winem.W zieleni szukam znaków,Które wraz z nami nie miną.
Kasztany boleśnie płonąNad śmiercią zmartwychpowstałą,W krew gorzką i zielonąSpróchniałe zmieniając ciało.
Tak kroczę twojemi ślady,Któryś nie miał gdzie złożyć głowy,Jak ty, kłamca — zwycięski i blady —Ku wiośnie nadzieji nowych.
Skrzydła muskają wodę,Ptak się w zielonej trzepota.W gospodzie pod ŁabędziamiSiedzę zadumany.
Buro-malachitoweZmętniałe toczą się wełny.Z brzegu sunie do brzeguPowoli czarny prom.
O, płocha, chmurna idyllo,Obłoku, rozwiany nad głową!Rozpływająca się chwilo,Nie wstrzymać chmury słowem!
Ty! wydeptany proguPrzez wielkich, dawno umarłych.Stopy o płytę się wsparły,By przypodobać się — komu?
Na tej kamiennej kolebieNie pozostawią śladu,Deszcze zmyją je blade,Znów rozpłynione serce.
Ach, tylko ktoś, kogo nie znam,I nigdy miłować nie mogę,Może postawi tu nogę: —„Ach, umrzeć! Tu moja Ojczyzna!“
Przed nami: łuk triumfalny,patyna miedziano-zielona,jadowito-bura, jak wspomnieniemonet, zbieranych w młodości.
Policjant w kasku, jak Nike,wyrzuca na skrzyżowaniu— ta mechaniczna zabawka —dłonie w rękawicach z bawełny.
Przez słomkę lody lepkieciągnie w ramionach zbyt szczupłymłodzian, prowokator rewolucji,wielkomiejski, bezmyślny efeb.
Chodzę, chodzę „Pod lipami”,ale jest to tylko ulica,kolekcjoner beznadziejnie - szczęśliwy,łez spragniony, słonego morza.
Przejechałem Haarlem, moja miła,gdzie pragnęłaś zamieszkać ze mną;domki stoją równiutko, jak ongi,kupiecko-schludne, w ogródku;
w kuli srebrnej ponad gazonem,jak w soczewce, iryzuje słońce;i girlandy, żałobne girlandy,opadają na mury pożółkłe;
czy uwierzysz? na ganek spojrzałem,inne kwiaty wspominając przelotnie;chwiała się misa pogody,wyszczerbiona wpół, cierpka wargom;
poprzez niwy zielone z Cezanne’ai pod burą smugą wiatrakówkrowy zwolna stąpały łaciate,nad kanałem szumiał tatarak;
tedy żegnaj, młodości, o, chmuro,ponad głową w odwieczerz sunąca!— wielki obłok lekko się kołysze,na źrenice opada widzące.
Nad umarłą wodą długo stałem,mdły kanale, zielony i zgniły,przechylony nad nurtem pół-ciałem— wielką gorycz chciwe wargi piły!
Ach, owisły w dół balustrady,zapatrzony w ślepą pianę toni,jakich szumów słuchałem, blady?— już przede mną nic mnie nie obroni!
Ostrołuki, dachówki ceglaste,czarny łabędź z żałobnej opery,carillony z wież srebrne nad miastem,wykręcone żarłocznie chimery!
Melancholjo! przez wiek mój przeklęta,nie, już z mostku nie ruszę ni kroku,nie powrócę na noc do okrętu!— Tu noc moja. Tu usnę głęboko.
Przypomniała się miłość dawnaMiędzy temi gotykami:Jest jak marmur, srogi i wystygły— A kiedyś płakałem ją łzami.
Gdy przystaję nad sarkofagiemJuż nie wiem czyim,Rozdrapując me piersi nagie:Czy jeszcze żyję?
Czy to we mnie, czy na wieży dzwoniWśród ostrołuków?Widzę uśmiech, dotykam dłoniNa czarnym bruku.
W szumie deszczów, w trzasku błyskawic,Dekoracje darłem na strzępy.Zbłąkanemu, jak Musset, w winnicach,Co noc szeptał kamienny święty.
Tam, na moście czarnym, westchnienia,Księżyc zimny, plejady upalne.O, śmiertelna goryczy omdlenia,Mój ty smagły chłopcze z nad Lung-Arno!
Teraz leżysz, nieznany poeta,Na tarasach zieleni, w grobie.Przepowiadam smutnych poetów,Tylko ciebie zapomnieć nie mogę.
W szare szyby pająk zagląda,ledwo już ledwo dyszysz.Czegóż podpatruje, jeszcze żąda?(Pionem stromym wymierza ciszę!)
Świerszcze grają, nurt z ołowiu pełga,wełnami pluszcząc ciemno.O, ziemio, mogiło wielka,któż-że odpocznie ze mną?
Czarne, długie, żałobne palekreślą wymowne kresy,a już drobne, popielate faletopią odbite niebiosy.
Zmierzch na zalutowane wargisypie się, chłodny popiół;i to piękno bez dna i te dziwne skargipróbuję na jawie pokochać.
O, nazwo fiołkowa! splątana z Stendhalem,Przepajamy cię śmiercią, chłodnym wiosny żalem,
Oglądamy nad wodą, rozpięte srebrzyście,U kurzu bielejących dróg platanów liście,
Co w otchłań widnokręgu, na pożółkłym stoku,Kładą cienie ruchome, jak w ślepnącem oku.
Dźwięku, jak ryngraf bity, heroiczne imię,Któż miłość, zaplątaną w twe zgłoski, rozstrzygnie,
Kiedyż w głuchym, dudniącym od kroków, klasztorze,Na płycie marmurowej staniesz, czuły boże,
I w burzy kwiatów bzowych, rozszarpując kiście,Gardziel ptaków przebijesz, piękny rzeczywiście,
A drzewem pochylony nad nieczułą wodą,Zmiennym cieniem nas złowisz, jak siecią niewodu?
Tyś nie wiedział, ja nie wiem, któryś ciosał bogów.W ciemnej oddali słyszym trąbkę samochodu
I na głuchej stacyjce, w wichrze i ulewie,Pytamy, kiedy pociąg nadejdzie. Nikt nie wie.
Wsłuchany w słowa puste, wichry, które nie koją,W liście, blaknące zwolna, szelestem szemrzące na wietrze,Odsuwam płomień od ust, którego jesień nie zetrze,Bolesny ślad pocałunku nad ściętą wargą moją.
Pośród bukszpanów ciemnych, strzyżonych sztucznie i wzniośle,Wśród bielejących posągów do rytmu cudzego sercaPrzymierzam krok niechętny, opuszczony morderca,Sztylet kruszący o marmur, błądzący po prośbie.
Ze wszystkich stworów ziemi, skazanych na umieranie,Z posągów, zrudziałych na deszczu, ta jedna się prawda wywija,Iż gorycz ziemi wraz z nami głucho nie przemija— Łagodną mnie ręką przebija — wargą, co spokój, kłamie.
Znów włóczyć się po krajach i szczęście podglądać,samobójcze pokoje hotelowe, znam was!W deszczowy wieczór lśnienia są tak czarodziejskiena chodniku placu Lenbacha, iż sądzisz się w Paryżu..Wezbrane fontanny szumią, o, wędrowcze:jakaż tu melancholja w elektrycznym blasku,wśród walców biedermayer wielkiej restauracji,gdzie sterczysz przy stoliku, sam jeden, sam jeden,analityk, psycholog, podpatrywacz szczęścia,usiłujący ukryć hańbę samotnościza dymem papierosa.
Tyle już widziałeś, ale, gdy spojrzysz w lustro ukośne znienackaw pokoju hotelowym tysiącznym i którymśi młodość wspomnisz, oraz to, co z niej zostało:— nie, nie ukryje tego muzyka ni lustro,ni palmy, ni złocenia, ni szept wodotrysku,ani słowa wykrętne, te na wszystkich drogachEuropy rozwalonej zebrane kamyki: —bledniesz.
Wspomnienia? Te są gorzkie i nadto obłudne.Strasznej urodzie świata nie sprostają słowa,Ni uczucia. Pamiętam, bolała mnie głowa,Gdym wdychał zapach kwiatów o nazwach zbyt trudnych.
O, jeziora, głębokie sny, niedotykalne,Brzegi, pachnące laurem, goryczą i wodą!Elegijne cyprysy szeregi tam wiodą!Czujesz, ktoś piersi chłodnym znów dotyka palcem.
Żałobo dryad! Gdy spojrzysz głęboko,Cóż-że zostaje oczom, spragnionym ochłodyWiecznej, prócz oleandrów i tego widoku:Ów młody piękny chłopak, jak skacze do wody.
Od gwiazd, od rzek, od statków odwróciłem oczy,Pośród winnic zielonych gęste dymy płyną,Z splątanych linij prostą wypłynąłem linją:Znów chłodny smutek miasta piersi moje tłoczy.
Jakże w świateł tych zimnych powiedzieć ulewie,Na popiół sztuczne słońca gdy palą reklamy,Że pod gwiazdami nigdzie ojczyzny nie mamy,Że szukać przestaliśmy... Jak powiedzieć, nie wiem.
Źrenice z oczodołów żywy blask wyżera,W puste jamy dalekie znów świecą plejady —Oślepiony, zataczam się, bezwstydnie blady:Do domu wracać pragnę, czy znowu umierać?
Mroczno-zielonapachnąca wodakryształ pogody— kapie krew słona
samotne górychmury potargajw jękach wichury— popiół na wargach
w blasku pochyłomijają masztyi w bluszczach baszty— jak one mijasz
o! sępy w locieniosą się stromow perspektyw złocie— trwasz nieruchomo
już w powiek cieniuciemnieją gwiazdybolą odjazdy— ość w podniebieniu
Comments
Loading comments…