Zstąpienie do piekieł

Po głazach stąpa, pod liściem akantu,W czeluść, gdzie lęgnie się jęk, dotykającPiszczeli przechylonych, zlekka. Tam są ludzie żywe!Melodji warkot, organów echowyHuk, jak skłębionych oceanów, legnieU stóp, jak jagnię. Wyciąga prawicęSkręconą, jakby ciosał dom i ściany,Pod belkowaniem plejad i w otokuCierpień. Róża pełgających blaskówBlachami złoconemi ku rozpękłejPodługowatej pnie się bliźnie żeber.Szponami palców, jakby w niewidoczneStruny dudniąca, płaska dłoń nad gwaremŁagodnie szarpiąc. Patrzące źrenice!Wzrok dokąd z wydrążonych oczodołów?Ach, czyż łowiący kwiat, jak się rozściełaPłatkami kosmatemi z rąbkiem woniI kroplą tęczującej rosy, która zwisaNaukos w niebyt? gdy łodyga śliska,Jak zbity z berwion sosnowych płot, jeszczeLepki żywicą, jak droga naprzełaj,

Kamienną grudą spychająca stopy,Jak polot ptaka poprzez lęk gałęziWierzbowych, popielaty ślad nicości, —Zanim w źrenicy rozwartej powstanie,By przetrwać: w nikły zarys się rozpływaObłoku, w kontur czysty. Ziemio stara,Nazawsze niedostępna! Gdzie patrzenie,Które ci sprosta bezsennie, z powiekąNareszcie oderzniętą? A językiKłębią się w jamach ust i lgną do siebie,Splecione śliną, jak się pożerająWęże. Zamiast muzyki, co zwęzi,Jak się rozciska śnieg w garści, te jodłyAluzją niebotyczną, jako pastuchSłucha terkania owiec i zwołuje:Oto chrapliwy chargot, zwykła miłość.Tedy jak ucha nachylić, by owocKrągły umieścić w pustym środku muszliI tam go stworzyć brzmieniem? Jak dźwięk toczyćPalcami, które w proch sypią się? Kośćmi,Wystającemi z palców, narysowaćWidne jedwabie niebios? Ująć trawę,By melodyjną nie drgała ironją,Bezcielesności echo?Ponad uśpionymiPo szczeblach stąpa drabiny milczeniaZ prawicą wyciągniętą, jakby trącałStruny, nie budząc. Przemija.

Comments

Loading comments…