Wycieczki pana Brouczka — Tom I — całość

Translated from Czech by Jan Nitowski

— Ha, cóż to za poczwara przeraża dziś mój wzrok?Czy złuda cię spłodziła, czy wiecznéj nocy mrok?

— Tyś twór ziemi... co słyszę? Nie myli-ż mnie mój słuch?!O, powiedz, w nasze kraje jaki cię przeniósł duch?Zaiste, tyś syn ziemi, albowiem byt nasz samPotworę taka tworząc, zadałby sobie kłam!

Gdzie Kraterów ziemia żyzna,Gdzie nie sięga ludzkie oko,I tam czesi są wysoko,Na księżycu — ich ojczyzna.

— Duch mój dziwnym urokiem natchniony,Drżą zachwytem lutni srebrnéj tony...Przed mym wzrokiem cień jéj przemknął blady,By meteor cudny wśród kaskady!

— Jutrzenko ranna, rozjaśnij mi oczy!O, czarodziejko, o któréj duch marzyNie szczędź mi, błagam, widoku swéj twarzy!Ku tobie, cudna, śpiew ten szlę uroczy...

— Muzyką twojéj sukni uszy me się pieszczą —Twoje skrzydła anielskie już blizko szeleszczą!Motylu mój rajski, płyń do mnie, ach, płyń!W objęciach mych lekkie skrzydełka swe zwiń!

— Piosenki wam niosę, piosenki te moje,Błyszczące, jak słońca promienie w krysztale;Ich dźwiękiem niebieskie otworzę podwoje,A nędznych krytyków nie boję się wcale!

Piosenką sprowadzę czar na was ja słodki;Pieśń moja tak wonna, jako kwiatek astru,A miękka jak jedwab, lub jako sierść kotki —A czysta, jak biała czara z alabastru.

I dźwięczy pieśń moja jak harfa Eola,Jak dźwięki multanek przy tańcu wiosennym,Gdy kwieciem i trawką zielenią się pola.

Jak pieśni cheruba w niebieskiéj krainie,Gdy z lutnią swą stanie przed tronem promiennym —Tak moja pieśń słodko i błogo wciąż płynie!

— Od ciebie wieje czar, jak od Meduzy,Pod wzrokiem twoim serce mi omdlewa,A w piersi coś mi dziwnie słodko śpiewa;Na ustach czuję pocałunek Muzy.

A w rysy twoje duch mój się zagłębia,Jak nurek w morze po cenne korale.Ja wzrokiem czystym białego gołębiaBędę w twarz twoją wpatrywać się stale.

Tak wzrok dziecięcia wabi piękny opalPięknym swym blaskiem — i tak duszę gwebraWciąż wabi płomień: „Skrzydła sobie popal!”

Tak dromaderów w stepie białe żebraNęcą ku sobie lwa — i tak w ramionaPustyni leci gnana wichrem zebra!

— Już się rozpływam, jak kwiatka pięknegoZapach na wiosnę; ale w blasku słońcaWrócę, jak motyl, co skrzydełkiem trącaKwiatek i ciągle powraca do niego.

Wrócę i struny swéj lutni poruszę,Będę dobywać z nich piosenki drżące.A dźwiękiem lutni w menad pląs tchnę duszę,W taniec indyanów, lub w Etnę dymiącą.

Czarownym głosem, co go słowik dał mi,Z mych ust dobędę trel, jak piękna Irys;Potém zatańczę lekką nóżką Almy.

Tragedyi złoty przypnę sobie kirys;Z pod mego dłuta wyjdzie z ciałem palmyJuno — bogini, Izys i Ozyrys!

Istoto, któréj rodzicą jest Gea,Tyś mój na wieki, o, tyś mój, jedyny!Powtarzam, jak swe „Allah“ muezziny.Twym cieniem wiecznie będzie Eterea.

Tyś kwiat mi droższy, niż chińczykom thea;Głosić to będę, o ty mój jedyny.Do himalajskiéj lodowéj wyżyny!Ach, wzleci z tobą twoja Eterea.

Chcę unieść ciebie do Alhambry MaurówI tam miłością opleść cię jak boa;Uwieńczyć ciebie liściem moich laurów.

Miłość upoi cię, jak winne grona,Albo jak arak, wyrabiany w Goa.Czyż dusza twoja onéj nie spragniona?

Comments

Loading comments…