Hilaryon
W chwilę wesołą pod wieczór zalotnyPrzyleciał do mnie coś za bożek lotnyW ręku trzymając światło jadowite,Którem on serce moje frasowite,Że miał podpalać, jął się wychwalać.A gdy już do mnie z pochodnią przyskoczył,Jam mu w niej ogień rękoma przytłoczył,A on tym bardziej zajątrzony krzyknie:Żaden przed moim płomieniem nie zniknie!I ty daremną waśń wiedziesz ze mną. —Skoro tę skargę Rozynie przełożyłA w jej wstydliwe oczy głownią włożył,Znowu zapały gorące rozżarzył,Aby mię nimi bez przestanku parzył —Jakoż sam czuję, że nie folguje.Nigdym ja tego, nieszczęsny, nie wiedział,By u Rożyny ogień w oczu siedział.Któż we mnie zapał haniebny ugasi?Pójdę do mojej ukochanej Basi,Bo jej źrenice są dwie krynice.
Comments
Loading comments…