Misterjum

W mrokach złotego pałacu, czyli Bazylissa Teofanu

Hospodynie pomiłuj!Hospodynie pomiłuj!Hospodynie pomiłuj!(mówi do B. Teofanu)

Niech spocznie od ciężkościswej pracy i miłości —dla niebiańskiego zjednaniaginęła —już wpłynęław ciszę winobrania.

W posępnej grobu celinad trumną migocą anielii odpędzają złe cienie.Kres rozpaczy!zobaczywśród błyskawicy — zbawienie!

Patrzcie, kto ten rycerz złowrogi —umarły — któremu oczy świecą?wichry z podziemia tu lecą —Jezusowe idą wrogi!

W grzechu z Tobą połączonaukochałam to, co kona —Kochanku mojego łona!wolałam Twą nałożnicąbyć — niźli w niebie Anhelicą!miłość mi urzekładuszę, co idzie do piekła.Przy tym promiennym zewłokuidę wdowa wśród mroku.Z Tobą byłam szalejąca,z Tobą w grobie będę śpiąca,nie wrócę do Syjonu!Zdejm krzyż ze mnie —podziemnieidźmy do Wielkiego Tronu!Meteor w otchłań leci —mój kochanku, Paraklecie!...brzmią radośniekantyleny —to są moje łzy i treny!w piekielnej zakwitają wiośnie!

Na wieki idą w ciemnościwyklętej przez Boga miłości:

dla podziemnego zjednaniaginęli —wpłynęlina morze wygnania.

Wyjdźmy, o córy Syjonu —nie płaczmy więcej Mocarza!Salomon nie był tak w chwale —jak wśród mogił wirydarza,błyszczącym świeci krwawieniemTen — ukoronowany cieniem!Mocarz, zwycięstwo dający,choć nie w zwyciężcy rydwanie,perłami krwawemi lśni...W męczarń Oceaniegasimy czarne pochodnie —nasze miłoście i zbrodnie.Dłuto rzeźbiarskie ma w ręce,by światów zatwierdził nim prawo —nie zimny topór liktora,lecz rokicinę łzawą!gdyż, ach — od rózgi z żelazapowiększa tylko się skaza!Szata nieuroczysta,którą włożyli mu gbury:zgrzebło niewolnika,niema tu z morza purpury!On rzekł: Jestem robak ziemny!w głębinie zabarwił się ciemnej!Dawnego Fatum niewolnicy

mamy teraz Boga bratem!Za przykładem Wieczystegonie gardź tajnym Majestatem,nie marznij, serce, uporem,gdy w cierniach jest On — Dyktatorem!

Jak dym od wichru znikamy,wypędzani wszyscy! nie wiemydokąd?! wśród mrocznej bramypod niskim sklepieniem — idziemy.Palącym wichrem jest nam strach,na oczach ciemna zasłona —potniejem w zimnym pustkowiu,wleczeni przez Charona.W mieszkaniu tym podziemnemropuchy, żmije i widma tułacze:tych biesiadników ma nasz dwór —nasz koń jest czarny — i kracze!Nad nami wyszepcą najbliżsizapomnień wiecznych pacierze,miłość rozwikła swe sieci,wróg nam dobytek zabierze!...

O, najświętszy Panie,ból ciemności rwie!mój najdroższy Jezu,już oswobodź mnie!W tym twardym łańcuchułamię się na duchu,już biorą mnie.Wzdychając, szlochając,doziem się zginając —cóż kocham?wciąż szlocham —nie wyzwolisz mnie!

Dlaczego walczy świato marną sławę?wszak horyzontychmurne i mgławe!Tak się rozwiewanasza potęga,jakby rzucone na skałęgliniane posągi!Kto życia nędzy ubranejw jaskrawe maskiufa — niech pisze w piekletysiąc i jedną skazki!Fałszem miłości bezsenne,majestat króla w potędze,złudne są mędrców sentencje,przy lampie wyczytane w księdze!

Mówcie, gdzie jest Salomon,Mag nad Abrakadabrą wiedzy?gdzie Herkules i Jazonpółbogi greckiego narodu?gdzie piękny Alcybiades,który miał tyle kochanek?gdzie goście ze Sympozjonu?wszak wnet zaświta już ranek...Gdzie łuk tryumfu Cezara,może wy, Furje, wiécie?gdzie Rzym, którego sława,jak piorun zgasła w zenicie...Xerxes, król nad królami,który łańcuchem bił morze —Arystoteles mędrzec,który zbudował tron wiedzy —o, pożywienie robactwa,tacy książęta!o łzy na Górach Świata —wiekowe pęta!Poznając wiekuistność,zasłony ciemne rwąc —szczęśliw, kto Mędrcem wyrastanad życia mroczną otchłanią!

Witaj królowo głębin,Matko bez miłosierdzia,

żywocie goryczy,rozpaczy nasza — witaj!Do Ciebie wzywamy wygnańce, synowie Hewy!Do Ciebie wzdychamy, umęczeni wśród mrokutej niezbadanej, pełnej hańbiących łez, doliny zgonu!Orędowniczko zbłąkanych na ziemi —niemiłosierne oczy na nas zwróći zatratę, błogosławiony owoc z drzewa Twojego żywota,ukaż nam — za kresem naszego wygnania.O Najmędrsza, wiekuistnie żywa,Gehenno zła, nielitościwa!

Kto tam kołacew ciemnym kurytarzu?

witaj —dobry mój Cesarzu!

Comments

Loading comments…