Do Poezyi

O panno najpiękniejsza, prawy bogów płodzie,Dana z niebios tęskliwym sercom ku ochłodzie!Nie spuszczaj ze mnie, proszę, łaskawéj źrzenicy,Twoim ja darem żyję, z twoich łask skarbnicy

Wziąłem ten upominek, że mię w poczet kładnieSwych pastuszków Pan mądry, co w tych lasach władnie.I dając utroskanym myślom kęs ulżenia,Składa ucho łaskawe na me wiejskie pienia.

Tyś kiedy prosty jeszcze wiedli żywot ludzie,W pasterskiéj pierwsze światło obaczyła budzie.Pokój ci dał z miłością życie, kwiat pieluchy,A kolebkę kołysał wietrzyk skrzydłoruchy.Ciebie biała niewinność pod wawrzynnym krzakiemBoskim z pszczółki złotemi karmiła przysmakiem;Uginając pieszczony głos do lubych pieśni,Jakiemi uszy poją słowiczkowie leśni.Więc rozwodząc po smugach i gajach wdzięk słodki,Pierwszyś swéj sztuki dała dowód między kmiotki,Którzy letniéj pożogi bystre znosząc skwary,Ciężkie znoje miłemi osładzali dary.Twoim dziełem u pługa oracz spracowany,Wielbił żyzną Cererę wiejskiemi padwany.Twoim i pastuszkowie natchnieni przykładem,Wiązali proste rymy, chodząc za swym stadem.Potym cię mądrość wziąwszy na swe skrzydła z ziemie,Na cienistym wysoko postawiła Hemie.Tam zuczyła początków wszystkich rzeczy: jakoŚwiat się kroi okrągły na postać czworaką;Jako leniwa ziemia niski grunt osiadła,A na niej się ciekącym szkłem woda układła,Powietrze w górę poszło, ogień wyżéj lotny;Jako jedno jest lekkie, a drugi obrotny.Czemu jesień owoce, wiosna lubi kwiaty,Lato zboże, a zima komin gnuśnéj chaty?Kto wichry poupierzał w skrzydła niestanowne,Kto nasrożył śmierciami pioruny hartowne?Skąd się roją po chmurach błyskotne wężyki,Gdzie swe rzeki granice, gdzie mają poniki?Skąd bierze blade światło błędna twarz miesięczna,Skąd płomień wszystkotrawny słońca, lampa wdzięczna?Czemu-to złote błyszcząc po niebie kagańce,Jedne się, z wolna biegąc, w gnuśne wiją krańce;Drugie wartkim zakolem bystre kręgi toczą;Inne płoche narody grzywą trwożą smoczą?Czym się dzieje, że morze raz swe wełny jeży,Drugi martwym kryształem przymuskane leży?

I inne niezbadanéj natury widziadłaPorządkiem opisując, na pamięci kładła.

Taż ciebie nauczyła niepłonna mistrzyni,Co człowieka i wielkim i co mądrym czyni:Że ani zacność rodu, ani wiele złota,Ale nad wszystkie skarby szacowniejsza cnota.Czym państwa powstawają i zacne narody,Skąd biorą srogie szwanki i niewrotne szkody?Co jest prawdziwa wolność, a jako szkaradnieBurzy nędzną ojczyznę, gdy z kluby wypadnie?Przyjdzie (mówiła) czas ten, ukochana córo!Gdy się grube Pelasgi na twe pieśni zbiorą;Gdy lochy opuściwszy i zarosłe gaje,Wezmą twarzom rozumnym zwykłe obyczaje.A ty im i napiszesz prawa wyśmienite,I miasta, i założysz rzeczypospolite.Lecz te dotąd szczęśliwe i groźne sąsiadomBędą, póki rozpusta nie da miejsca zwadom.Póki harda niekarność i miłość prywatyNie zbestwi na krew własną spragnione bułaty;I do spólnych wnętrzności (któż temu uwierzy?)W bratnich bite kuźnicach groty nie wymierzy.Stąd owe krwawe Leuktry i okrutne gony,Cios ostatni wolności greckiéj u Cherony,Nastąpią niepochybnie: a co za tym będzie,Jeden im chytry Filip na grzbietach usiędzie,Lecz nim skosztują obcych na karku kajdanów,Tysiąc w domu napłodzi swawola tyranów!Którzy zażartéj na się dobywając broni,Siebie i gmin zwiedziony w jednéj zgnębią toni.Bo jako nie tak rychło człowiek życia strada,Kiedy mu płytki szarpak ciętą ranę zada;Jako gdy ciemna niemoc ślepym ryjąc śladem,Niezleczonym napawa wątłe trzewa jadem:Tak domowe rozterki i zajadłe zwadyPrędzéj zniszczą kraj, niźli zawisne sąsiady.O jakie straty naród nieczułość przywodzi,Gdy zdolnego ćwiczenia w nim nie biorą młodzi;A czas marnie styrawszy między fraszek tłumem,Rządzą potym ojczyznę pychą, nie rozumem.

Takowych nauczywszy tajemnic, kazała,Byś uszy łechcąc pieniem, serca prostowała.

Więc już miasto piszczałki i wiejskiéj fujaryDała-ć z kości słoniowéj bardon złotogwary;Z którym kiedyś już na dół powracała z góry,Drażniąc biegłemi palcy odpowiedne sznury;Zbiegało się co żywo na odgłosy cudne,Z wypróchniałych starością dębów chłopstwo brudne;A słuchając twych pieśni dzicy i okrutni,Miękczyli twarde serca wdziękiem twórczéj lutni.Same nawet niezgrabne z głuchych pustyń głazyBrały kształtów rozlicznych pozorne obrazy:I to się w słupy tocząc, to w bryły misterne,Wskakały w mocne twierdze i gmachy obszerne.Dziwiła się twarz niema: lew z jaskini bieżał,Niedźwiedź słuchał, wilk u nóg zamyślony leżał;Wiatry cichły szalone; a na słodkie pienie,Bystre się zdały cofać do głowy strumienie.

Mało co prawda wskóra, wnet z myśli uciecze,Gdy ją dowcip w powabną postać nie oblecze;Ani zdoła uporu złamać na rozumie,Jeśli sobie wprzód serca pozyskać nie umie.Wiele zmysłami sądzim: próżno w uszy hardeWraża ostry filozof swe nauki twarde.Poznajemy to dobrze, co szkodzi; a przecieInaczéj myśląc, żyjem inaczéj na świecie.Twojéj, wdzięczna śpiewaczko, mocy niepojętéjOddał Bóg nieślakowne ludzkich serc zakręty.Z twego te dziwne soki szafunku wychodzą,Co nam i gorzkie troski i same śmierć słodzą.Ty umysł niewymowną napawasz rozkoszą,Twoje czarowne strony czarne smutki płoszą.Ty prawdzie tor ubijasz, wiodąc ją misternie,I różami pokrywać ostre umiesz ciernie;Że człowiek omamiony, twoim pieśniom gwoli,Lubi to, co go gniewa, pragnie, co go boli.A kiedy chęć szlachetna dzielne serca wzruszyDrogiéj dla chluby kraju nie litować duszy;Ty rycerzów prowadzisz miedzy szyki zbrojne,Czyniąc im wpośrzód trwogi umysły spokojne.Ledwo meońskiéj trąby groźna miedź zabrzęknie,Już tam strach miejsca nie ma, ani śmierć ulęknie.A choć się grady sypią z kamienia nawalne,Błyskają gęste kordy i oszczepy stalne;

Mord okrutny w ćmie czarnéj po powietrzu lata,I pokryte żelazem skwadrony umiata;Przemaga miłość sławy i niezwiędłe wieńce,Któremi ty ozdabiasz zwycięskie młodzieńce,A nie dając im życia w podłym konać gminie,Wieziesz na złotych cugach do wiecznéj świątynie.Jak wiele bohatyrów legło snem niepomnym,Któryche-ś nie podała rodzajom potomnym!Nikt o nich nie pamięta, bo zawisna razemŚmierć tymże, co i kości, starła imię głazem.Lecz chociaż i po zejściu nie tracą żywota,Czy w dziejach Tucydyda, czyli Herodota;Któż tak niebaczny, żeby nie poczuł różniceMiedzy płazem a mężnéj polotem orlice?Tamte ledwo po gnuśnéj czołgają się ziemi,A ty rzeżesz obłoki skrzydły pierzchliwemi;Gdzie swe nucąc kochanki, sięgasz jako trzeba,Stopą niskich padołów a wierzchołkiem nieba.Tyś szczęśliwsza nad owe mądre bałamuty,Co żakom Platonowe wartują statuty:Oni stoją za drzwiami gdzieś w pacholczym kole,A ty mądrego króla używasz przy stole,Który na cię wzgardzoną w ubierze słowiańskim,Raczył z jasnego tronu rzucić okiem pańskim:I zakłada ci Parnas na ojczystym łanie,Byś już Tybrowi, ani zajrzała Sekwanie.Za co ty imię jego i życzliwe chęciPodaj niewygładzonéj latami pamięci,Stawiać obok tych królów, z których łaski żyznaByła w męże uczone i mądre ojczyzna.1771, Zab. III, 383 — 94.

Comments

Loading comments…