Najemnica (Szewczenko, 1936)

Wczesnym rankiem w niedzielęMgła po polu się ściele;Na mogile, śród pola,Niby wiotka topola,

Mołodyca schylona. 5Coś przygarnia do łonaI się skarży i gwarzy:„Ach tumanie, mgło siwa,Losie mój nieszczęśliwy!Czemu ty mię nie skryjeszWśród szerokiej niwy?

Czemu mię nie pochłoniesz, 10Nie zagrzebiesz w ziemiRazem z moją niedolą,

Ze łzami mojemi? 15Nie, nie gub mię, tumanie!Tylko schowaj w polu,Aby się nikt nie naśmiewałNad moją niedolą!

Nie samotna ja w świecie — 20Mam rodziców w chacie...I mam przecie, tumanie,Tumanie, mój bracie,Dzieciąteczko...

Mój synu 25Niechrzczony, mój synu!Nie ja ciebie chrzcić będę,Inni to uczynią,Ja nie dowiem się nawet

Twojego imienia... 30To okropne... Mój synu...Byłam nie uboga...Przebaczże mi... Ja łzamiU Boga na niebie

Dobrą dolę wybłagam 35I poślę do ciebie!”

Tak przez pole szła łkając,We mgle się chowałaI, łzy lejąc, cichutko

O wdowie śpiewała, 40Jak to wdowa swych synówW Dunaju chowała:„Tam na polu mogiła,Do niej wdowa chodziła,

Do niej wdowa biegała, 45Ziół trujących szukała.Ziół trujących nie było,Lecz dwóch synków przybyło.W kitajeczkę spowiła

I na Dunaj puściła: 50— Cichy, cichy Dunaju!Niechaj sobie pływają.A wy, złote piaseczki,Nahodujcie dziateczki

I wykąpcie, wymyjcie, 55Do snu oczy nakryjcie!”

Był sobie dziad i baba.Od dawiendawna w gaju ponad stawem,Ustronnie w futorku mieszkali,

Jak dziatek dwoje, — 60Wszędzie oboje.W dzieciństwie razem jagnięta pasali,A potem pobrali się,Dobytku doczekali się,

Kupili futor, staw i młyn, 65Ogródek w gaju założyli,Pasiekę sporą zgromadzili, —Wszystkiego mieli wbród.Lecz Bóg nie obdarzył dziatkami,

A tutaj śmierć za plecami. 70

Któż na starość ich przygarniePocieszy, usłuży?Kto zapłacze, kto pochowa,Kto wspomni o duszy?

Kto poczciwie odziedziczy 75Dobro przysporzone?Kto ich wspomni słowem wdzięcznem,Jak dziecko rodzone?Ciężko dzieci pielęgnować

W ubożuchnych chatach, 80Ale stokroć gorzej starzećW bogatych komnatach,Starzeć, starzeć i umierać,I porzucić mienie

Ludziom obcym, obcym dzieciom, 85Na śmiech i strwonienie.I dziad, i baba raz w niedzielęW koszulach bialutkich, aż miło.Na przyźbie oboje siedzieli.

Słoneczko na niebie świeciło 90I ani jednej chmurki, — cichoI lubo jak w raju,Schowało się gdzieś w sercu licho,Jak zwierz w ciemnym gaju.

W raju takim czemuż starym 95Serce posmutniało?Czy się dawne jakie lichoW chacie odezwało?Czy wczorajsze, zadławione,

Znów się poruszyło? 100Czy zaledwie wykluwa się —I raj zachmurzyło?Nie wiem ja, o czem dumająStarzy, chyląc sędziwe skronie.

Może się już wybierają 105Do Pana BogaI myślą: daleka droga?Kto to im dobrze zaprzęże konie?„Kto nam, Naściu, zamknie oczy?

Kto to nas pochowa?” 110— „I ja nie wiem... Dawno to jużWaży moja głowa,Aż mi smutno: sami jedniCo dzień starzejemy,

A nie wiemy jeszcze, komu 115Dobro przekażemy”.— „Posłuchajno!... czekaj!... słyszysz?...Coś tam za wrotamiJak dzieciątko płacze!... słyszysz?

Biegnijmy!...” — „Bóg z nami!” 120— „Wszak mówiłem, że coś będzie".Razem się zerwali,

Biegną do wrót — i w milczeniuNagle postawali.

Patrzą; tuż koło przełazu 125Leciutko spowiteDziecko leży, nowiuteńkąŚwiteczką okryte.Ach, to matka spowijała

I matka okryła 130Na dzień letni świtką lnianą!...Patrząc się modliłaPara siwa. A serdeczne,Jakgdyby błagało,

Z upowicia ku obojgu 135Rączki wyciągałoDrobniuteńkie... i zamilkło,I już tylko kwili,A nie płacze.

„A co, Naściu, 140Cośmy to mówili?Ot i szczęście, ot i dola!Widzisz, Bóg łaskawy!...Bierz go prędzej, bierz, spowijaj!

Widzisz, jaki żwawy! 145Nieś do chaty, ja zaś na koń,Zwinę się z kumamiW Horodyszczach...”Dziwnie jakoś

Dzieje się tu z nami! 150Jeden syna rodzonegoWypędza, przeklina,Inny świeczkę za grosz krwawyKupuje, chudzina,

I stawia ją przed obrazem 155Z modlitwą i łzami —Nie ma dziatek!... Dziwnie jakoś

Dzieje się tu z nami!Aż trzy pary kumów starzy

Z radości zwołali 160I ochrzcili, nie zwlekając,I Markiem nazwali.Rośnie Marko. Ci nie wiedzą,Jak i gdzie go sadzać,

Co z nim robić, gdzie położyć 165I jak mu dogadzać.Rośnie Marko. Rok już mija...W rozkoszy opływaKrówka dojna, karmicielka.

Wtem, raz, czarnobrewa, 170Białolica, młoda, hoża,Przyszła mołodycaNa futorek ten szczęśliwyJako najemnica.

„Cóż? weźmiemy, Naściu? dobrze?” 175Pyta starowina.— „A weźmiemy... starzyśmy już,Słabi; a dziecina,Choćto ono i podrosło,

Ale zawsze trzeba 180Tupcać jeszcze koło niego”.— „I ja wiem, że trzeba,Bo ja także część robotyMiałem, chwała Bogu...

Poddeptałem się. Więc dobrze: 185Cóż weźmiesz, niebogo?Na rok, czy jak?”— „Tak co dacie?”— Nie! ty licz, gdy płacą;

Trzeba, doniu, liczyć pieniądz 190Zarobiony pracą.

Bo jak ludzie powiadają:Nie licząc, nie mamy.A więc może tak, niebogo:

My ciebie nie znamy, 195Ani ty nas. A pomieszkasz,Rozpatrzysz się w chacie,Rozpoznamy i my ciebie; —Wtedy o zapłacie

Pomówimy! Czy tak?” 200— „Dobrze.”— „Więc rozgość się w chacie.”Zgodzili się. MołodycaRada i wesoła,

Jakby pana poślubiła, 205Zakupiła sioła.Czy to w chacie, czy na dworze,Czy koło bydlątka —I wieczorem, i do świtu;

A koło dzieciątka 210Tak i ślęczy niby matka —I zawsze jej mało:To go czesze, myje, tańczy,To koszulkę białą

Co dzień Boży chłopcu wkłada; 215Śpiewa mu, swywoli,Wózki robi, a w niedzielęZ rąk wziąć nie pozwoli.Dziwują się staruszkowie,

Błogosławią Boga, 220A bezsenna najemnicaCo wieczór, nieboga,Dolę ciężką swą przeklina,Gorzko, gorzko płacze;

Lecz nikt tego nie posłyszy. 225Nikt łez nie zobaczy

Oprócz Marka maleńkiego;Lecz on nie wie tego,Dlaczego to najemnica

Łzami zlewa jego; 230Nie wie, za co go tak HannaPieści w każdej chwili, —Sama nie zje, nie wypije,A jego posili.

Nie wie Marko, jak w kołysce, 235Nieraz o północy,Gdy on ocknie się, poruszy, —Ta zaraz jak z procyPrzyskoczyła, przeżegnała,

Ukrywa, kołysze; 240Z drugiej izby słyszy ona,Jak dzieciątko dysze.Zrana Marko do swej nianiRączkami się zrywa,

Niestrudzoną najemnicę 245Mamą już nazywa...Nie wie Marko... rośnie sobie,Dziecina szczęśliwa.

Niemało wody upłynęło,

Niemało i lat już minęło; 250I na futor licho zajrzało,I łez kosztowało niemało.Babusię Naścię pochowanoI ledwie, ledwie odchuchano

Trochima dziada. Przeminęła 255Jednakże bieda — i zasnęła.I łaska błogosławieństwa BożegoPowróciła z poza gaju ciemnegoI w dziadowskiej chacie znów odpoczęła.

Ot już Marko czumakuje 260I w jesieni nie nocujeAni w chacie, ni u chaty...A więc pora i za swaty.„Kogożby to?” — stary duma

I u Hanny prosi 265Rady dobrej. NajemnicaTak Marka wynosi,Że chciałaby dlań eonaj mniejDziecka królewskiego.

„Marka możeby rozpytać?” 270— „Więc spytajmy jego”.Rozpytali... Zwinęli sięI ze starostami...Niezadługo powrócili

Ludzie z ręcznikami, 275Z chlebem świętym zamienionym,I pannę w żupanieTaką śliczną wyswatali,Że w samym hetmanie

Krewby wrzała... Takiego to 280Dziwa dokazali.„Bóg zapłać wam!“ — mówi staryLecz ja kończyć lubięRzecz zaczętą; teraz trzeba

Pomyśleć o ślubie 285I weselu. Ale ot co:Matki my nie mamy!Nie dożyła moja Naścia!...”I zalał się łzami.

A u progu najemnica, 290Chwyciwszy rękamiZa odźwierek, obumarła.I ucichła chatka;

Najemnica tylko szepce:

„Matka... matka... matka!...” 295

Po tygodniu mołodyceKorowaj miesiłyNa futorze. Stary ojciecHula co ma siły,

Tańczy dziaduch z kumoszkami, 300Podwórze wymiata;Kto mu tylko się nawinie —Całuje się, brata,Warenuchą go częstuje...

Na pozór — jak młodzi, 305Biega, zwija się, zaprasza,A zaledwie chodzi.Wszędzie hałas, rwetes, śmiechy,W chacie i na dworze.

Wytoczono żłoby gościom, 310Co stały w komorze.Pieką, smażą... ale obcy,Czeladź nie domowa.A przecież Hanna? Na pielgrzymkę

Poszła do Kijowa. 315Nadaremnie stary prosił,A Marko aż płakał,Ażeby mu matką była.„Nie, Marku, to zakał

Byłby dla was... wy bogaci... 320Trzeba ludzi bać się —Matką — prosta najemnica!...Będą z ciebie śmiać się.Niechże wam Bóg dopomaga!

Pójdę się pokłonię 325Świętym Pańskim, a z Kijowa,Skoro Bóg ochroni,

Wrócę do was, jak przyjmiecie.Dopóki jest siła,

Służyć będę.” 330Czystem sercemPobłogosławiłaMarka swego... ZapłakałaI wyszła za wrota.

Rozigrało się wesele. 335I grajkom robota,I podkówkom. Płynie strugaPo stołach miodowa.A tymczasem najemnica

Zdąża do Kijowa. 340Przyszła — nawet nie spoczęła —Pieniędzy nie stałoNa akafist u Barbary, —I choć to sił mało,

Najęła się wodę nosić, 345Nosiła, nosiła —I z ośmiu kóp zarobionychMarkowi kupiłaTuż w pieczarach kaptureczek

Iwana świętego, 350Aby głowa nie bolałaU Marka młodego;I pierścionek u BarbaryDla Kachny dostała,

I oddawszy świętym pokłon, 355Do domu wracała.

Powróciła. KatarzynaI Marko spotkaliZa wrotami; potem w chacie

Serdecznie witali 360

I u stołu posadzili,O Kijów pytali.Ona im opowiadała,Ci ją częstowali.

Przyrządziła Katarzyna 365Pościel jej w komnacie,Aby sobie odpoczęłaPo podróży w chacie.Za co oni mię kochają?

Za co poważają? 370O, Boże mój miłosierny!Czy się domyślają?Być nie może!... Jam mu nigdyI poznać nie dała...

To z dobroci...” 375I biedaczkaCiężko zapłakała.

Trzykroć już kra zamarzała,Po trzykroć topniała,

Trzykroć Hannę do Kijowa 380Kachna wyprawiała,Jak rodzoną. Po raz czwartyŻegnała niebogęAż na polu u mogiły

I prosiła Boga, 385Aby prędzej powracała,Bez niej bowiem w chacieTęskno jakoś i samotnie,Jak po matki stracie.

Jakoś po Wniebowzięciu, w niedzielę, 390Trochim w koszuli bialutkiej,Czując słoneczko na ciele,Usiadł na przyzbie czyściutkiej

I cieszył się dziad wnuczętami.

Tuż przy nim wnuk bawił się z psami, 395A wnuczka w spódniczce matczynejSzła niby do dziada w gościnę.Stary za boki się chwytał, —Powstał i wnuczkę powitał,

Niby naprawdę jak mołodycę: 400„A gdzie to podziałaś palanicę?Czy w domu ją zapomniałaś?Czy może wcale nie miałaś?Czy wilcy odjęli ci w borze?...

A, wstydź się, wstydź się, pani-matko!” 405Aż zerk: najemnica przed chatką.Pobiegli ją witać na dworzeI stary dziad, i wnuczęta.„A Marko czy w drodze?”

Zapytuje dziada Hanna. 410„Dotąd jeszcze w drodze”.— „A ja ledwie się dowlokłamDo chaty... Bóg z nimi!Nie chciało się umrzeć samej

Pomiędzy obcymi. 415Byle Marka się doczekać...Coś w piersiach mię boli”.I wnuczętom z kobiałeczkiWyjmuje powoli

Medaliki i krzyżyki. 420Jarynce sznureczekPacioreczków i czerwonyZ folgi obrazeczek,A Karpowi ptaszę złote

I koników parę, 425Katarzynie pierścioneczekOd świętej Barbary(Czwarty to już), a dziadowi

Z wosku święconego

Troje świeczek; sobie tylko 430I dla Marka swegoNie przyniosła nic... już na toPieniędzy nie stało,A zarobić sił nie miała.

„Ot jeszcze zostało 435Pół placuszka!”I dziateczkomPo cząstce rozdała.

Weszła w chatę. Katarzyna

Jej nogi umyła, 440Postawiła podwieczorek.Nie jadła, nie piłaStara Hanna.„Katarzyno!”

Cicho, cicho mówi: 445Dziś niedziela?”„Piątek, Hanno!”— „Niech tam kto zamówiU świętego Mikołaja

Akafist, — a może 450Co tam Marka zatrzymało,Lub chory, broń Boże!”I łza po łzie z oczu starych,Przygasłych spływała.

Ledwie — ledwie, jak rozbita, 455Od stołu powstała:„Nie ta już ja, Katarzyno,Co dawniej bywała:Zleniwiałam, sił już nie mam...

Daremnie trzymacie. 460Ciężko, ciężko jest umieraćW cudzej ciepłej chacie!

Rozniemogła się nieboga,Chleb Pański przyjęła

I ostatnie pomazanie, — 465Lecz się nie podjęła.Stary Trochim po podwórzuJak zabity chodzi;Katarzyna od cierpiącej

Oczu nie odwodzi; 470Całe przy niej dni przepędza,Przy niej i nocuje.A tymczasem puszczyk w nocyZłe coś prorokuje

Na komorze. Coraz częściej, 475Z każdym dniem, godzinąChora pyta — ledwie słychać:„Doniu, Katarzyno!Nie przyjechał jeszcze Marko?

Gdybym ja wiedziała, 480Że doczekam, że zobaczę,Tobym poczekała”.

Idzie Marko z czumakami,Idąc wyśpiewuje,

Nie pośpiesza do gospody — 485Wolików żałuje.Wiezie Marko KatarzynieSukna cieniutkiego,A staremu pas bogaty

Z jedwabiu kraśnego; 490Najemnicy na oczepekWiezie złotej lamyI czerwoną chustkę dużąZ całemi haftami.

Dla dziateczek ma trzewiczki, 495Fig i winogradu,

A dla wszystkich — czerwonegoWina z CarograduWiader ze trzy w beczułeczce

I kawioru z Donu, — 500Wszystko wiezie, nie wie tylko,Co się dzieje w domu.

Idzie Marko, nie dba o nic.Przyszedł — „Sława Bogu!”

I otwiera butnie wrota, 505I modli się Bogu.„Czy słyszysz ty, Katarzyno?Biegnij na spotkanie.Przyszedł! przyszedł!... biegnij prędzej

Niech tu zaraz stanie! 510Chwała Tobie, Chryste Jezu!Ledwiem doczekała!”I Ojcze nasz cicho, cichoJak przez sen szeptała.

Stary głaszcze woły siwe 515I jarzma zdejmujeWyrzynane, a KatrusiaW Marka się wpatruje.„A cóż Hanna, Katarzyno?

Gdzież to moja głowa? 520Czy nie żyje?”— „Żyje jeszcze,Lecz bardzo niezdrowa.Prędzej, Marku, chodź do chaty,

Póki się turbuje 525Dziad z wołami... Ona dawnoCiebie oczekuje”.Wchodzi Marko mój do chatyI stanął u proga...

Aż się przeląkł. Hanna szepce: 530

Chwała... chwała Bogu!Chodźno bliżej, nie lękaj się...

Mam ci coś powiedzieć. 535Wyjdź, Katrusiu: ja MarkowiMam coś opowiedzieć”.Wyszła z chaty Katarzyna.Marko się nachylaU wezgłowia najemnicy...Chora się wysila.

„Spojrzyj na mnie! Widzisz, Marku, 540Jakem ja zmarniała?Ja nie Hanna — najemnica...Ja...”I oniemiała...

Marko płacze. Zwolna oczy 545Znów się otworzyły:Pilnie, pilnie popatrzała,Łzy się potoczyły,Przebacz, Marku!... W cudzej chacie

Cała służba moja — 550To pokuta... Przebacz, synu!...Ja... ja matka twoja”.I zamilkła...Padł mój Marko,

Aż ziemia zadrżała — 555Zemdlał. Ocknął się... do matki —Lecz matka już spała.

Comments

Loading comments…