Pieśń IV
Translated by Antoni Edward Odyniec
Czciciele ognia
Czyj wzrok nie we łzach, czyja myśl bez chmury,Komu żal świata piękności nie mroczy,Dziśby go, dzisiaj, ze szczytów téj góryU stóp jéj obraz zachwycał uroczy!Te z niebem w dali zlane wod lazury,Zielone brzegi — i na wod przezroczyRozsiane wyspy — wszystko się uśmiécha,Wszystko rozkwita, i wonią oddycha!Bo to jest jeden z tych cudnych wieczorów,Co po dniach burzy kraszą nieba wschodnie,Gdy słońce, dziennych dokonawszy torów,W promiennym wieńcu tęczowych kolorów,Złote zachodu podwoje odmyka:I nim w nie wstąpi, spokojnie, łagodnie,Lśni łzawym blaskiem — jak wzrok pokutnika,Gdy wszystkie życia burzliwego winyObmywszy żalem ostatniéj godziny,
Żegna świat okiem przez łzy rozrzewnienia,A w niém już świta pierwszy blask zbawienia.
Cisza wokoło; — wiatr, co w takiéj sileSzumiąc po gajach Kermańskich się dąsał,I najdojrzalsze, najsłodsze daktyleNa ucztę biednym pielgrzymom otrząsał,Umilkł — i ledwo ciche muśnie fale,Co się tak mienią w różanéj pogodzie,Jakby się wszystkie perły i korale,Co leżą na dnie, rozpłynęły w wodzie.A wkoło wyspy, palmami zielone,Na tle przejrzystéj fali wyglądają,Jak na powietrzu czarem zawieszoneRajskie te sady, gdzie Peri mieszkają. —
Lecz próżno wszystkie te cuda obrazuPrzed okiem Hildy błysnęły od razu,Skoro zasłonę odjęto z jéj czoła: —Wzrok jéj zalśniony nic widzieć nie zdoła.I przerażona — jak ci, co na chwilęNagle w swéj ciemnéj zbudzeni mogile,Ujrzą nad sobą iskrzący wzrok obuStrasznych Aniołów, Zwiedzicieli grobu —Z dziką rozpaczą spójrzała dokołaNa tłum swych wrogów — by z lic ich i wzroku
Wyczytać choćby treść swego wyroku —I po nad nimi i sobą u góryUjrzała ruin czerniące się mury,Mroczne — jak gdyby cieniem swego zmierzchuJasnemu światu urągały z wierzchu. —
Ale napróżno w nadziei i trwodzeWygląda za tym, co ją w strasznéj drodzePokrzepiał głosem łagodnéj słodyczy;Próżno! — na nowo zniknął sen zwodniczy,Co jak zły Aniół żal jéj tylko draźni. —Dziś jéj, dziś jego potrzeba przyjaźni!…
Lecz ach! nieszczęsna! — jakiż hałas dzikiZabrzmiał, i echem o niebiosa bije? —Zdala radośne wzniosły się okrzyki:„Nasz wódz! nasz Hafed! niech żyje! niech żyje!“ —„Niech żyje!“ — bliższe głosy zawołały. —Idzie — krok jego powtarzają skały. —Idzie — już blizko… — Nieszczęsna dziewica!Tchu brak jéj w piersiach, ciemno przed oczyma —Wnet ją uderzy oczu błyskawica,Któréj najśmielszy Arab nie wytrzyma;Wnet nad nią zagrzmi głos dumny i srogi,Co gdy się ozwie w szykach Muzułmana,Całe się hufce rozpierzchają z trwogi,Jak na pustyni kupców karawana,Gdy wkoło źródła leżąc w nocnéj ciszy,Ryk spragnionego tygrysa posłyszy! —
Bez tchu, bez ruchu, wpół martwa z bojaźni,Z oczyma na dół, jako posąg stała:
Drżąc przed tym wzrokiem — co w jéj wyobraźniW téj chwili nad nią jak meteor pała;Czekając głosu — jak ten, co już słuchaRychło nań zabrzmi trąba Archanioła,I pomnąc grzechy, wie że próżna skrucha,Gdy hasło sądu strasznego zawoła!… —
Ale on milczy; — wkoło tylko zcichaBrzmią coraz daléj odchodzących kroki. —Poszli — on został; — słychać, jak oddycha.Lecz ach! okropność téj ciszy, téj zwłoki!… —A wtém! — o! zgrozo! — przybliżył się do niéj,Ujął jéj rękę — i ścisnął w swéj dłoni,I głos znajomy łagodnie zawołał:„Hildo!“ — nic więcéj wymówić nie zdołał.Lecz ach! to dosyć, dosyć! — z ust dziewicyKrzyk nagły wydał resztę tajemnicy.I drżąca z trwogi, z podziwu, z radości,Raz tylko wzniosła zapłonione skronie,Rzuciła tylko jeden wzrok miłości,By wnet łzy ukryć na kochanka łonie! —
Onże to, Hafed? — ów postrach rycerzy,On, co jak tygrys krew arabską pije;On, co gdy krzyknie, gdy wzrokiem uderzy,Głosem osłabi, spójrzeniem zabije:On, jéj kochanek? — piękny i łagodny,Jakim był w chwili piérwszego widzenia,Gdy na jéj myśli i senne marzeniaRzucił z swych oczu promień tak pogodny,Że mniema, Aniół przed nią się objawił,I jasność Niebios po sobie zostawił?
Są chwile w życiu — i ta jest z nich właśnie —Jak zabłysk słońca w zaćmie huraganu,Gdy dzień dokoła w chmurach piasku zgaśnie;Jak krzak murawy nad głębią wulkanu,Co się sam jeden na brzegu zniszczenia,Na zgorzeliskach życiem rozzielenia!O! takie chwile! — im głębsza ciemnicaPrzeszłość, i przyszłość, i los je otoczy:One tém jaśniéj, same w sobie świécą,Blask ich tém miléj rozwesela oczy! —
On nawet, Hafed! — choć wszystkie z koleiZgasły mu gwiazdy chwały i nadziei,Do zemsty nawet brak sił i sposobów:Kochany jego Iran obróconyW kraj pogorzelisk, lub pustynię grobów:On sam — niezgięty, lecz życiem znużony,Z orężem w ręku pory tylko czeka,By umrzeć śmiercią wielkiego człowieka: —W téj chwili jednak — bez trosk, bez zgryzoty,Niepomny losu, co się przed nim mroczy,Dzieląc kochanki niewinne pieszczoty,Patrząc w kochanki promieniste oczy:W których jéj miłość, tak szczera, tak tkliwa,Co sama ziemię z Niebem porównywa,Tęczą pociechy we łzach się maluje: —Ach! w téj on chwili uczuł i pojmuje,Jak jest gorącą iskra uniesienia,Co w burzy nieszczęść jak meteor pryśnie;Jak jest uroczą kropla upojenia,Co w łez puharze jak perła zabłyśnie! —
Cóż, że z téj iskry może grom wypadnie?Cóż, że w puharze jest trucizna na dnie? —I ona wzajem patrząc w jego oczy,Co jak dwie perły w jasnych wód przezroczy,Zwolna w jéj duszy coraz głębiéj toną:Patrząc w twarz, wielkiém uczuciem natchnioną:Nie pomni trwogi, smutku, i niewoli,Lub czuje tylko, jak nędzarz w uśpieniu,Gdy się w rozkoszném radując marzeniu,Śmieje się przez sen — łkając mimo woli! —
Mroczna ruina, w pośród któréj stali,Wielkim wyłomem patrzy w stronę fali,Co jak zwierciadło, jak niebo bez chmury,Jasna, błękitna, błyszczy u stóp góry. —Tłum drobnych łodzi, co dziś przez dzień całyW bezpiecznych portach lub na brzegu stały,Buja w zatoce — i choć wiatr nie sprzyja,Zmoczone żagle na masztach rozwija.Tak orły, dżdżysta gdy już przejdzie chmura,Susząc przed słońcem rozciągają pióra. —
Tłumne obłoki — choć już oko dzienneZdawana zasnęło za Larskiemi góry,One tak jeszcze ogniste, promienne —Że rzekłbyś, dzisiaj sam Aniół światłości,By wynagrodzić światu dzień ponury,Odchodząc do snu, z niezwykłéj szczodrości —Jak młody Sułtan najmilszego z gości —Przyodział Zachód szatą swéj purpury!
Terazto spójrzeć kochanków spójrzeniem!Pod niemi morze gra cichém westchnieniem,Nad niemi niebo goreje płomieniem! —Ach! a ich dusza, w zachwyceniu cała,Gra jak to morze, jak to niebo pała!…
Szczeliwa chwilo! — ubiegła zbyt chyża. —Zadrżała Hilda — noc coraz się zbliża:Coraz to węższa łuna na zachodzie,Coraz to szerszy krąg cieniu na wodzie,Coraz obłoki, lśniące barwą jasną,Jedne po drugich sinieją i gasną. —Bystro po niebie spojrzała wokoło,I nagle dłońmi zakrywając czoło:„To noc już! przebóg! — mój drogi! mój luby!„Uchodź ztąd, uchodź! — pół chwili nie zwlekaj! —„On przyjdzie w nocy — On pragnie twéj zguby —„On nie przebaczy! — Zguby swéj nie czekaj!„Uchodź! — O! Nieba! słyszysz? — to szczęk broni,„To echo kroków! — oni to już, oni! —„Uchodź, mój luby! uchodź, póki pora! —„Mówił, że w nocy… — choć noc nie nastała —„Lecz ja znam Jego! — wiém, jak zemstą pała —„Nie będzie nawet czekał do wieczora!…“ —I przerażona, bezprzytomna, zbladła,Łkając na piersi młodzieńca upadła.
— Biedna dziewico! — o! któż mi przebaczy„Te łzy, tę boleść, ten szał Jéj rozpaczy? —„Jam to odepchnął Jéj Anioła-stróża,„Jam Ją zaplątał w mojém przeznaczeniu! —
„Srogo mię ściga jakaś pomsta Boża!„Każde wnet szczęście gaśnie w mojém cieniu.„Los mój, jak powiew z Umarłego-Morza,„Kto nim raz westchnął, śmierć połknął we tchnieniu!… —„O! ja niebaczny! mógłżem się ośmielić,„Cień na Nią rzucić, los mój z Nią podzielić? —„Lecz czemuż, czemu na burzliwéj wodzie„Zbłąkane nasze spotkały się łodzie? —„Czemu, przysiągłszy — gdym śród krwi i tłoku„Obaczył z góry twe omdlone wdzięki,„I niewidomy stanąwszy przy boku,„Odwracał od nich ciosy zbójczéj ręki —„Czemu, przysiągłszy strzedz się twego wzroku,„By próżno wspólnéj nie powiększać męki:„Słaby nikczemnik! złamałem te śluby,„By cię pożegnać nad przepaścią zguby?… —„Ale się nie bój! nie drzyj, moja droga!„Łoskot co słyszysz, jest to szum strumieni.„Tu nas nie sięgnie moc żadnego wroga;„Tu, na tych skalach, nad światem wzniesieni,„Stoim bezpieczni — spokojni, jak w grobie!„A choćby ziemia i piekło złączone„Przyszły ostatnią wydrzeć nam zachronę:„Ty zaśnij śmiało! — ja czuwam przy tobie;„Gwiazd tych Anioły strzedz cię będą we śnie.„A skoro błyśnie porankowe zorze,„Powrócisz jutro…“ —— „Nie! — to być nie może!“ —Krzyknie dziewica — „jutro już niewcześnie!
„Ach! ty nie ujrzysz jutra, mój jedyny!„Lub uchodź zaraz! uchodź téj godziny! —„Jesteś zdradzony! — Nikczemny niecnota,„Który w te miejsca znał drogę tajemną —„Co? ty nie wierzysz? — przez gwiazdy nademną!„Prawdę ci mówię — zdradził cię dla złota!„Krew twoję przedał zemście Al-Hassana! —„Wierzaj mi, wierzaj! — On sam dzisiaj z rana,„Sam mi to mówił — i patrzał tak srogo,„Śmiał się tak dziko, żem drżała z przestrachu:„I tak gwałtownie wkrąg stąpał po gmachu,„Jakby twe piersi nadeptywał nogą! —„Ja nie wiedziałam, że on tobie groził,„Że straszny Hafed — jesteś ty, mój luby! —„Lecz strach o ciebie krew mi w sercu zmroził. —„Sam to Bóg może, nie chcąc twojéj zguby —„Tak! — Bóg mię zesłał dla twojéj przestrogi.„Nie gardź nią! — uchodź! — korzystaj z téj chwili! —„Zniszcz jeśli można — lub każ strzedz téj drogi! —„Lecz śpiesz się! śpiesz się! by jéj nie przebyli!“ —
Zimniéj niż wicher, co tchem jednym ścinaŹródła przed chwilą słońcem gorejące,Stokroć ach! zdrady braterskiéj nowinaZimniéj przeraża serca ufające!On tego doznał. — Jak rażony gromem,Z blademi usty, z okiem nieruchomém,Stał, bez oddechu, nie podnosząc głowy; —Rzekłbyś, zaklęty posąg marmurowy,
Co w skamieniałym Iszmonii grodzie,Skamieniał myśląc o strasznéj przygodzie.Lecz rychło wnętrzna minęła katusza —Wzniósł nagle czoło, i spójrzał — ze łzami.A w tém spojrzeniu wielka jego duszaWszystkiemi swemi błysła promieniami! —I nigdy nawet w dniach zwycięztw i chwały,Lot myśli jego nie szedł tak wysoko,Jak gdy w téj chwili, spokojny i śmiały,Z dumą ku gwiazdom wzniósł iskrzące oko,Jakby w nich hasła blizkich bojów witał,Lub pożądane przepowiednie czytał!
Przyszła więc, przyszła godzina męczeństwa!Ramienia jego Bóg już nie chce dłużéj.Dni jego dotąd śród niebezpieczeństwaPrzeszły i znikły — błyskawicą w burzy;Lecz śmierć za wiarę, na laurach zwycięztwa,Śmierć, jaką sobie serce jego wróży:Ta imię jego w przyszłych lat kolei,Rozpali w gwiazdę chwały i nadziei!…Góra ta, jego pomnik i grobowiec,Stać będzie święta przed ziomków oczyma;I z ziem dalekich nieznany wędrowiec,Poeta, rycerz, pod szatą pielgrzyma,
Przyjdą, na gruzach tych zwalisk usiędą,Przywiodą dzieci, i uczyć je będą:Jakim był Iran — jak cierpiał, jak słynął!Jakim był Hafed — jak walczył, jak zginął!I na téj skale, krwią jego oblanéj,Ukląkłszy razem nagiemi kolany,Każą im w obec ojczyzny i Boga,Zaprzysiądz zemstę pokoleniu wroga,Zaprzysiądz wzgardę wierze Muzułmanów:Póki w ich piersiach żywe serce bije,Dopóki piętno arabskich kajdanówW morzu arabskiéj krwi się nie obmyje!… —
Temi myślami wrzał w duszy młodzieniec,Tych myśli dumą tchnęły jego rysy.I nie radośniéj na męczeński wieniecSpoglądał niegdyś wielki Prorok Issy:Jak on w téj chwili, spojrzawszy ku Niebu,Patrzy z uśmiechem: gdzie od morskiéj strony,Blaskiem z ołtarza na wpół oświecony,Lśni stos wysoki — stos jego pogrzebu!Z suchych gałęzi i drzew tchnących wonią,Sam on go z braćmi własną złożył dłonią,Aby gdy chwila przeznaczeń uderzy,Gdy już ich zemstę zmoże przemoc wroga,
Tu z resztą wiernych wierze swéj rycerzy,Umrzeć na łonie swego Ognia-Boga.I każdy przysiągł, gdy nadziéja minie,Sam się we wspólnéj zagrzebać ruinie;I dla każdego stos, co go wyzwoliZ rąk nieprzyjaciół i z jarzma niewoli,Tak jest powabny, święty — jak to łoże,Na którém Prorok ich w latach dziecinnychUsnął na stosie — gdy Bóg, stróż niewinnych,Płomienie pod nim w kraśne zmienił róże!
Długo nań z trwogą patrzała dziewica:Zkad mu ta w oczach gniewu błyskawica?Zkąd ten płomienny rumieniec na twarzy? —Cóż on układa? co myśli? co marzy?Ach! czyliż jeszcze waha się i czeka,Gdy czas tak krótki, śmierć tak niedaleka?… —„O! mój Hafedzie!“ — i łzami zalana,Mówiąc to, przed nim padła na kolana —„O! mój Hafedzie! mój drogi, mój luby!„Jeśli mię kochasz, jak przysiągłeś nieraz —„Błagam jak Boga — teraz tylko, teraz,„Chciéj mię wysłuchać — nie pragnij swéj zguby!„Uchodź, uchodźmy! — ratunek w twéj mocy.„Łódź co nas tutaj przyniosła, wnet może —
„Daj tylko rozkaz! — pod zasłoną nocy,„Unieść nas znowu na szerokie morze.„Na Wschód, na Zachód — byle ztąd daleko —„Gdzie chcesz, gdzie każesz, pójdę z tobą wszędzie.„W burzach, w pustyniach, pod twoją opieką„Nic mię nie strwoży, nic smucić nie będzie!„Twój wzrok, twój uśmiech — ach! dosyć mi na tém;„Cały świat dla mnie będzie rajskim światem!„Pójdziem, osiądziem gdzie w kraju nieznanym,„Gdzie nie grzech kochać, ani być kochanym;„Lub gdy jest grzechem — gdziebyśmy przynamnie„Płakać go mogli, klęcząc obok siebie:„Ty do Allaha modliłbyś się za mnie.„Ja — do jakiego chcesz Boga, za ciebie!“ —
Słowa te z dzikiém rzekłszy obłąkaniem,Zwiesiła głowę, i z wstydu płakała,Łkając gwałtownie, jakby z każdém łkaniemStróna się życia w jéj piersiach zrywała.Gdy on! — on młody, on kochany tyle! —Któż go ob wini? — jeśli mu na chwilęZemsta, przysięga, zamiary i chęci,Sam Iran — wszystko wypadło z pamięci:Gdy najpiękniejszą, najmilszą, w rozpaczyU nóg swych widzi; — któż mu nie przebaczy?Jeśli blask nagły nadziei młodzieńczéjDuszę mu zalśnił, i jak łukiem tęczy,Jasnych dni pasmem w przyszłość jego strzelił —Dni najszczęśliwszych, gdyby je podzieliłZ tą, co tak kocha! — gdyby się ośmielił!… —
Nie! — łzy gorące, co po licu zbiegły,Gdy się ku lubéj, chcą ją podnieść, skłonił;Łzy tak mu nowe — one go ostrzegły,Jak mglisty obłok duszę mu przesłonił.Zadrżał — i dumnie spójrzawszy dokoła,Łzy te niemęzkie otarł z swego czoła.Jak ów, co rano wychodząc na boje,Ociera z rosy swój oręż i zbroję,Co je przyćmiła, lecz splamić nie zdoła. —
Lecz choć już słabość minęła niegodna,W stłumionym głosie i łzawéj źrenicyTchnie jeszcze czułość tak miękka, łagodna:Że w sercu tkliwéj, strwożonéj dziewicy,Nanowo słodka zakwitła otucha,Że go jéj prośba, jéj rada nakłoni:I cała w oku, patrzy nań i słucha,Gdy dłoń jéj wziąwszy, zcicha mówił do niéj:„Tak, moja luba! tak, otrzyj łzy twoje!„Wiém ja kraj jeden — nieznany, daleki,„Gdzie szczera miłość znajdzie swą nagrodę,„Gdzie wolno kochać! — tam ja cię powiodę —„Nie płacz! — tam będziem szczęśliwi oboje,„Będziem się wzajem kochali na wieki!“ —
Jeszcze nie zgadła, czy ta słodycz głosu,Czy jéj te słowa źle czy dobrze wróżą;
Gdy młodzian szybko zbliżył się do stosu,Gdzie zawieszoną widać konchę dużą.Zdjął ją, i zadął — a dźwięk jéj odgłosuZabrzmiał po skałach, jak piorun przed burzą:Jak piorun zabrzmiał w towarzyszów uchu. —Sam nawet Hafed, blady i bez ruchu,Drżał zda się z echem niknącém powoli.Straszne to hasło! każdy wié co znaczy —Znak umówiony trwogi i rozpaczy;Znak, że się zbliżył kres ich nędznéj doli,Że musi umrzeć — kto chce ujść niewoli! —Konchę tę sami, w lepszéj niegdyś chwili,Na swym pogrzebnym stosie zawiesili,By gdy czas przyjdzie, słyszał Iran całyOstatnie hasło męczeństwa i chwały;By dźwięk jéj straszny — jeśliby zasnęli —Nowych w Iranie obudził mścicieli. —
Przyszli na hasło, z oczyma ku ziemi,Przyszli rycerze, kroki powolnemi.Jakże ich mało, gdy w okrąg stanęli! —Cała to reszta tych synów Iranu,Tych sług ojczyzny, tych słońca czcicieli,Co tak niedawno na błoniach Kermanu,
Gdy przy trąb, bębnów, i cymbałów dźwięku,Czas na wojenném spędzali igrzysku:Goniąc do celu z długą spisą w ręku,Czuli nadzieję w jéj każdym połysku;Lub gdy się z wiatrem puścili w przegony —Długie, za końmi wiejące ogony,Sami na siodłach schyleni ku ziemi,Szaty ich wiatrem rozdęte nad niemi —Rzekłbyś, gdy rzędem lecieli po błoniach,Że Gieniusze na skrzydlatych koniach!
Jakże dziś różni! — ich smutek przeraża.Jak każdy blady! gdy promień z ołtarzaTwarz przechodzących z kolei oświecał.Jaka posępność w każdego spójrzeniu!Gdy święty ogień mijając w milczeniu,Każdy w nim swoje pochodnię rozniecał.A wszyscy milczą; — wódz jeden układaCo czynić mają: — a lepiéj niż słowy,Każdy mu wzrokiem tylko odpowiada,Że cierpieć, walczyć, i umrzeć gotowy! —
I była chwila uroczystéj ciszy,Śród któréj Hilda, z twarzą zadziwioną,Nic oprócz serca uderzeń nie słyszy,I patrzy z trwogą na milczące grono. —
Hafed rzekł słowo; — starsi z towarzyszy,Wyszli, i łoże okryte zasłoną,Liśćmi usłane, na znak jego dłoni,Niosąc w milczeniu, złożyli koło niéj.Zbliżył się Hafed z smutnemi oczyma,Sam ją umieścił na miękkiém posłaniu;Spójrzał — i patrzy; wziął jéj dłoń — i trzyma…Ach! to ściśnienie ręki przy rozstaniu!Ach! ten ostatni wzrok przy pożegnaniu!Gdy ten, co żegna, wié, co ono znaczy! —Wié — gdy wzrok zmruży, gdy dłoń puści z ręki,Znikną wnet przed nim ukochane wdzięki,I już ich nigdy, nigdy nie zobaczy! —
Lecz ona nawet z tych pieszczot boleściCzerpie nadzieję, dobrą przyszłość wróży.Ten długi uścisk, co jéj rękę pieści,Zda się jéj wróżbą wspólnéj z nim podróży;W milczeniu widzi zbytek rozrzewnienia,W spójrzeniu miłość, czułość, zapewnienia —Ach! wszystko, wszystko — oprócz rozłączenia! —
„Śpieszmy się! — rzekła — śpieszmy! czas uchodzi!„Byśmy przed nocą zdążyli do łodzi.„A jutro — jutro, mój luby! o świcie,„Z tobą, jak w Niebie, na tych wód błękicie,„Będziemy słońce witali promienne,„I znów się jutra nadzieją cieszyli!„A jeśli wspomnim o dzisiejszéj chwili,„Wspomnim ją chyba jak marzenie senne,
„Co straszném widmem, dobro zapowiada.„A ty!…“ — Lecz cóż to? — nikt nie odpowiada? —Spójrzała wkoło — Nie ma go! — O! biedna!On ją opuścił! — ach! czyż sama jednaMusi iść daléj w drogę swego losu?… —
W téj chwili właśnie niosący ją, znowuZchodzą w głąb ciemną mglistego parowu,Gdzie tak niedawno dźwiękiem jego głosu,Mimo ech strasznych, co dokoła brzmiały,Wszystkie jéj myśli, wszystkie czucia grały:Jak na dźwięk arfy Izrafila w raju,Brzmią wszystkie liścia Edeńskiego gaju. —Lecz teraz, teraz!… — cóż jéj łzy pomogą?Przed nią noc, zgroza — a przy niéj — nikogo!O! mój Hafedzie! usłysz prośby moje!„Jeśli żyć nie chcesz, jeśli umrzeć wolisz,„Czyż mi i tego nawet nie pozwolisz,„Abyśmy razem umarli oboje?„Ach! pozwól, pozwól! niech z ostatniém tchnieniem„Raz jeszcze jeden błogosławię tobie;„Niech cię ostatniém pożegnam spójrzeniem,„Niech nas w tym samym pochowają grobie! —„Ty może myślisz, że się śmierci boję? —„Ach! ja — by tylko słyszeć twe wyrazy,„By choć raz jeszcze spójrzeć w oczy twoje —„Gotowam umrzeć sto tysięcy razy! —
„Wy téż — wy bracia mojego Hafeda!„Błagam was, stańcie! — On mię kochał tyle!„On mię usłyszy! on mi cierpieć nie da! —„Ach! stańcie, stańcie! — Musiał zostać w tyle,„Lecz wnet dogoni! — Stańcie choć na chwilę! —„O! mój Hafedzie!…“ — I tak drogę całą,Żebrząc litości, woła nieszczęśliwa.Imię Hafeda echo powtarzało,Lecz próżno, próżno! Hafed nie przybywa. —Biedna dziewico! — nie pójdzie on z tobą!Umrzeć wam było, gdyście się żegnali! —Teraz tam chyba Bóg was złączy z sobą,Boście się tutaj na zawsze rozstali! —
Biedny młodzieńcze! — On te jęki słyszy.Rzucił na chwilę grono towarzyszy,I sam, ciemności osłoniony mrokiem,Długo szedł za nią, niewidziany od niéj;I nad wąwozem, z rozognioném okiem,Stanął, i patrzy na blaski pochodni,Przy których bracia, w milczeniu głębokiém,W dół, jak do grobu, kroki pośpiesznemi,Unoszą wszystko, co kocha na ziemi! —Patrzy — tak smutny, tak blady na licu,Jak młody majtek, w nocy, przy księżycu,Gdy zwłoki brata, w téj mu właśnie chwiliZe łzami drudzy do morza wrzucili:A on, stojący na moście okrętu,Pogląda jeszcze załamawszy dłonie,
By jeszcze dójrzeć choćby fal zakrętu,Gdzie luba postać coraz głębiéj tonie —A okręt płynie po spokojnéj fali. —Tak Hafed patrzał — oni poszli daléj. —
Wtém zadrżał nagle, jak ze snu ockniony. —Trąby, i kotły, i wściekłe okrzyki,W poprzek przepaści, od lądowéj strony,Zabrzmiały razem!… — Co za hałas dziki!Rzekłbyś ryk piekieł, szyderczy i mściwy,Albo że wszystkie i Gole i Diwy,Co tam w ciemnościach od wieków się kryły,Na hasło wojny z wściekłością zawyły —Tak był ten okrzyk głośny i straszliwy.
„Przyszedł więc, przyszedł Muzułman zuchwały!“Zawołał Hafed — a gniewem wrzał cały,A oczy jego jak ogniem pałały. —„Teraz to, teraz, wy duchy walecznych,„Duchy swobodne w mieszkaniach słonecznych!„Patrzcie! jak dusze bratniego płomienia,„Do zemsty za was, waszym pójdą torem,„Albo w męczeńskim wieńcu przeznaczenia,„Polecą z waszym połączyć się chórem!-“ —Rzekł — i jak tygrys do zgłodniałych dzieci,Biegł, gdzie czekają bracia zgromadzeni.Przebiegł — w ich oczach żywy ogień świeci,A miecze nakształt słonecznych promieniBłysły w powietrzu — stoją niewzruszeni.
Wtém znowu — słyszysz! — okrzyk zabrzmiał znowu;Głośniéj już, bliżéj — z téj strony parowu. —Stało się! przeszli drogę niestrzeżoną!… —
O! piękny widok! ktoby mógł w téj chwiliWidzieć to szczupłe wojowników grono:Jak z mieczem w górze, z twarzą rozognioną,Wkrąg wrodzą, bystro na niego patrzyli,Jakby pytając: co myśleć powinni,Że wróg tak blizko — a oni nieczynni?Wódz zgadł ich myśli, i sam je podziela. —„Cóż to? o! bracia! gdy się wróg ośmiela„Nachodzić twierdze, co nas przed nim kryją:„My z mieczem w ręku, w obec tych płomieni,„Czekać go będziem z nachyloną szyją,„I umrzem sami — umrzem niepomszczeni!„Jakby nam brakło piersi Muzułmana,„Aby w nich nasza szabla zmordowana,„Spoczęła wiecznie, jak w pochwie schowana?… —„Nie! — wy obrońcy ojczyzny i wiary!„Bóg nasz spodlonéj nie przyjmie ofiary!„Pójdźmy! uderzmy! — niech krwią zlane skały„Imieniem Gwebrów zabrzmią na świat cały,„Aż tron Kalifów drżeć będzie przed echem,„Gdy je Behendi powtórzy z uśmiechem! —„Za mną, waleczni! — Kto wróci ostatni,„Stos go ten święty zbawi od kajdanów.„Lecz ten wart chwały, wart zawiści bratniéj,„Kto śród pobitych legnie Muzułmanów!
„Za mną, waleczni! —Wszyscy w jednéj chwili,W dół z wierzchu góry za nim się rzucili:Każdy nadludzką ożywiony siłą,Każdego oko jak ogniem się tliło,Każdego serce jak w płomieniach biło!…Pędzą bez drogi — gdzie z wściekłemi krzyki,W cieniach Arabskie gromadzą się szyki,I przy pochodni świetle wpół zamgloném,Długim się hufcem wiją po dolinie —Jak wąż Golkondy, gdy się wzdłuż rozwinie,I z gniewu błyska iskrzącym ogonem. —Gwebry bez światła pędzą przez urwiska —Znana im droga, i oni tu znani!Poznał ich tygrys, wyjrzawszy z łożyska —Wstał, i znów przyległ — choć wzrok żądzą błyska,Wié, że nietrwożni — i niepokonani. —
Przed górą jeszcze jest parów w nizinie,Straszny, głęboki — wróg go nie ominie;Miejsce przydatne obrońcom, gdzie snadniePrzed jednym tysiąc napastników padnie. —Zdroje z gór dzienną wzdęte niepogodą,Po pas dno jego napełniły wodą;Po obu stronach, strome i ponureWznoszą się skały i głazy, przez które,Ta jedna droga prowadzi na górę. —
Wszerz jéj, ostatni z Irańskich mścicieli,Na czas przed wrogiem nad głębią stanęli,I za głazami czają się bez ruchu,Słuchając kroków, co już brzmią w ich uchu,Tak, że nie słyszą, jak skrzydły cłężkiemiZłowrogie sępy łopocą nad niemi —
Przyszli — plusk wody wydał rzezi hasło.Okrzykiem Gwebrów tysiąc ech zawrzasło.Teraz to, Gwebry! — oto wróg morderca! —Czy miecz wasz ostry, czy odważne serca,Teraz, niech teraz wasza dłoń dowiedzie! —Biada hufcowi, co brodził na przedzie! —Sto mieczów razem błysnęło z nad brzegu,Sto głów od razu upadło w szeregu;Na dno skrwawione nie poszły tułowy,Gdy już stu innych powitał cios nowy.Jedni po drugich, zgrają niezliczoną,Tłoczą się, brodzą, padają, i toną. —Trwa rzeź — aż w końcu, choć krwi jeszcze łaknie,Gronu Hafeda sił już coraz braknie;Aż z dłońmi, z których krew strumieniem ciecze,Zwisły ku ziemi zmordowane miecze. —
Drżysz, Al-Hassanie! — Nigdy klęski sroższéjNie doznał Arab, głębszéj nie czuł blizny;Nigdy miecz zemsty, libacyi droższéjNie rozlał u stóp skrzywdzonéj ojczyzny! —Patrz wzdłuż parowu! — przy świetle gasnącychSmolnych pochodni i główni iskrzących,
Co z rąk wypadłe, nad zgęszczoną faląPływają wkoło i we krwi się palą; —Patrz w zdłuż parowu — jak strasznym obrazemŚmierć, mord, pożoga, łączą się tu razem!Bezgłówne ciała, zdeptane w przechodzie,Stosami do dna w krwawéj leżą wodzie.Tu płynie głowa w płonącym zawoju;Ówdzie sam przez się, miecz zgubiony w boju,Gdy ciżba trupów rękojeść mu ściska,Ostrzem się w górę podnosi i błyska.A wkoło ranni — ów z szatą w płomieniuOd bliskich główni — sam brodząc w strumieniu,Niezdolny w ciżbie zaczerpnąć ochłody,Kona w męczarniach płomienia i wody;Ów bliski brzegu, sam dotąd bez rany,Rozpaczną ręką tonących porwany,Napróżno siły dobywszy ostatniéj,Żywy, wraz z trupem, w krwi topi się bratniéj… —
Ale napróżno sta, tysiące legły —Nowe sta, nowe tysiące nadbiegły.Jak na pochodnię, gdy w nocy zaświeci,Ćma nocna chmurą coraz gęstszą leci,Aż sama ginąc, blask światła zamroczy:Dzicz napędzona przez parów się tłoczy.Aż ich trupami zawalon po brzegi,Jak mostem nowe podźwiga szeregi;Aż po ich głowach, przez krwi własnéj strugi,Po konających, przeszli na brzeg drugi.
Biada wam, Gwebry! — nic ich już nie wstrzyma! —Już są wpół góry — już przed ich oczymaŚwięty wasz ołtarz niedaleko pała. —Wściekli, doznawszy jak dłoń wasza śmiała,Wstydzą się, widząc, jak was garstka mała!Biada wam, Gwebry! — Ci rzezią znużeniLegli, gdzie stali; ci w krwi swéj zbroczeni,Bladzi na licu, chwiejący się w kroku,Walczą, i giną przy Hafeda boku. —On, choć już ręka wznieść miecz ledwo zdolna,Z twarzą ku wrogom, ustępuje zwolna.I jak lew, nagłym Jordanu wylewemWe śnie bezpiecznym z łożyska porwany,Ryczy, i w oku wściekłym iskrząc gniewem,Z unoszącemi łamie się bałwany:Tak on na braci silnym woła głosem,Tak gniewny walczy z przemocą i losem!
Lecz dokąd teraz? — Znikł przed okiem dziczy! —Czyż już tak blizkiéj nie ujmą zdobyczy? —Pod mieczem Gwebrów legł zdrajca przewodni,Wiatr zgasił resztę niesionych pochodni;Noc, głazy, rowy, i łoża potoków,Tamują postęp ścigających kroków.
Lecz nie śmie stanąć motłoch niewolniczy.„Naprzód! i naprzód!“ — sam Al-Hassan krzyczy.„Gdzie są brytany? — pospuszczać ze sfory!„Niech nam szczekaniem wskażą Gwebrów tory!“ —Spełniono rozkaz — zgraja idzie skorzéj;Śmierć im niestraszna, bo żyć dla nich gorzéj. —Złudzeni światłem, co z Gwebrów ogniska,Od skał odbite, w inną stronę błyska,Zboczyli z drogi — i w cieniach zbłąkani,Nie widzą blizkiéj, bezdennéj otchłani —Widzą — już późno! — już wrócić nie mogą!Brzeg się piaszczysty załamał pod nogą.Próżno się drudzy wstrzymują nad brzegiem:Jak szli, spadają — szereg za szeregiem.Kto został w tyle, gdy jęki usłyszy,Śpiesząc na pomoc, wepchnął towarzyszy;Ledwie głąb ujrzał, już ciżba rosnącaPcha go samego, i w przepaść potrąca. —Darmo z przestrachem, z wściekłością, z rozpaczą,Ci klną, ci jęczą, błagają i płaczą:Modły ni klątwy nikogo nie wzruszą:Wepchnęli braci, i sami wpaść muszą! —Jedni wprost na dno lecąc bez przeszkody,Topią się w nurtach szumiącéj tam wody;Ci na wpół żywi, na głazach sterczącychZawiśli — pastwa dla sępów krążących!A jękiem wszystkich brzmi przepaści echo. —
Słyszy je Hafed, i słucha z pociechą —Głos to ostatni sercu jego miły!
Gdy sam, w ciemnościach, bez tchu i bez siły,Na twardéj skale leżał krwią okryty.Obok towarzysz — miecz krwawy, dobyty.Rzekłbyś, spoczywa po trudach zabawy:Pokój, pogoda, jaśnieją mu z czoła.Wié, że dość zrobił dla zemsty i sławy,Sam Iran więcéj wymagać nie zdoła!Jedna myśl tylko, jako promień z góry,Lśni w jego duszy przeze mgłę i chmuryBliskiego zgonu; — ona to jest, ona!Promienna gwiazda w życia jego burzy,Jedna, ostatnia, niczém nie przyćmiona,Co go tu żegna, i blask Niebios wróży!…I nigdy dotąd, nigdy w jego okuObraz Jéj w takim nie stawał uroku!Zda się, że myśli, co miłość ich ćmiły,Zda się, że trwogi, co serce ziębiły,Zniknęły wszystkie — i żadnéj mgły ziemi,I żadnéj chmury nie ma między niemi! —Widzi Ją, widzi! — taki blask w spójrzeniu,Tak nowa piękność jaśnieje z Jéj lica,Jakby Ją w Niebios oglądał promieniu,Co już mu duszę przed zgonem oświeca! —
Wtém głos się ozwał — Ha! któż się ośmiela?… —Głos to jest Gwebra, brata, przyjaciela,Co sam z Hafedem ocalał téj nocy. —„Zbierz siły, wodzu! — czyż w Arabów mocy„Umrzeć tu mamy? tu, gdy już tak blisko„Stos nasz gotowy i święte ognisko?“ —
Ten głos ostatek życia w nim rozżarzył.„Co? wrógby jeszcze aż tu się odważył„Zdeptać nas martwych, lub więzy narzucić?“ —Myśl go ta z martwych zdolnaby ocucić.„Pójdźmy!“ — Wstał z ziemi, i drżącém ramieniemWśpierając brata, choć sam słaby niemniéj,Poszli pod górę. — Za każdém stąpieniem,Twarz coraz bladsza, w oczach coraz ciemniéj —Boże Iranu! zbaw ich mocą twoją,Zbaw przed zniewagą! — śmierci się nie boją.
Śladem za nimi zdrój sączy się krwawy,Krwią ich jak rosą oblały się trawy.Miecz twój, Hafedzie! — ha! i on ci skłamał —Pod wspartą dłonią na skale się złamał! —Idą — wrzask z dołu powiększył ich trwogę —Wrzask to tryumfu — wróg trafił na drogę!Coraz to głośniéj brzmią wodzów rozkazy,Coraz to bliżéj stal szczęka o głazy,I psów przeciągłe rozległo się wycie. —Śpieszcie się, Gwebry! lub ujść nie zdążycie!Śpieszcie! krok jeszcze!… — Już są, dzięki Niebu!Już są na górze! — widzą stos pogrzebu,Widzą świątynię, i blask swego Boga. —Lecz nim go doszli — towarzysz HafedaUpadł zemdlony, i skonał u proga. —„Czyż razem nawet los nam umrzeć nie da? —Zawołał Haded — „Maż tu pierś twą drogą„Wróg z urąganiem hardą zdeptać nogą,
„Lub ją nikczemnik obrażać żelazem? —„Nie! mężny bracie! — Bóg nas przyjmie razem!„Klnę się na ogień, co przedemną błyska!“ —Tak rzekł — i z mocą, co nie z tego świataByć się już zdała, podniósł zwłoki brata,I na swych rękach niósł je do ogniska.Złożył na stosie — zdjął z ołtarza głownię,I stos podpalił — a płomień gwałtownieBuchnął wkrąg łuną po morzu i niebie. —„Boże światłości! powracam do Ciebie!“Zawołał Hafed — i z dumnym uśmiechem,Sam na wierzch stosu rzucił się z pośpiechem;I wysilony, gdy celu dokonał,Wprzód nim go ognie ogarnęły — skonał!
A w téjże chwili — co za krzyk od morzaRozdarł powietrze? — Ach! krzyk ten pochodziZ téj — snać rzuconéj bez wiosła i stróża,Na tle fal czarnych bielącéj się łodzi,Gdy na nią z góry padła jasność stosu. —I znowu cicho — lecz dźwięk tego głosu!…
Łódź to jest — czemuż tak w drodze spóźniona,Tak bliska dotąd? — łódź biednéj dziewicy,Zwierzona straży wybranego gronaSędziwych Gwebrów. — Dzielni wojownicyW latach za młodu; lecz wiek sił ich zbawił.Wiedział to Hafed, i w drogę wyprawiłNie powierzywszy strasznéj tajemnicy.
Myślał, że Emir, gdy córkę zobaczy,Gdy się w nim serce ojcowskie rozrzewni,Nieprzyjaciołom w jéj stróżach przebaczy,I szczodrze starość spokojną zapewni. —
Tak nieświadomi arabskiéj napaści,Chlubni z opieki, co im wódz ich zwierzył,Ledwie na morze łódź wyszła z przepaści,Gdy wrzask wojenny ich uszy uderzył.Zlękli, zdumiali, z podjętemi wiosły,Wstrzymując oddech, ku górze słuchali;Niepomni łodzi, jak ją nurty niosły,Zlekka — wzdłuż brzegu kołysząc na fali.Każdy sam w sobie, blady i ponury,Nie trwożąc braci, w złych domysłach tonął;A wszyscy patrzą, gdzie na wierzchu górySpokojnie jeszcze święty ogień płonął. —
Lecz ty, o! Hildo! — próżno się wysiliNajokropniejszy pędzel wyobraźni,By wydać w tobie uczucia téj chwili,Śmiertelne męki żalu i bojaźni!…Kto sam ich doznał, tenby ból ich wiedział,Lecz nikt nie przeżył, by drugim powiedział!
Nie jest to tylko ów stan smutnéj duszy,Gdy ją los złamie, a cierpienie skruszy;Gdy, choć nic więcéj do straty już nié ma,Trwoga o wszystko jak w pętach ją trzyma;Gdy, choć nadziéja umarła w jéj łonie,Cień jéj, jak widmo, jeszcze w myślach wionie:
Nie! — Można tracąc szczęście i nadziejęNie umrzeć jeszcze, i przeżyć swe żale:Jak ów płaz w zimnéj zasklepiony skale,Żyje, choć wszystko w koło skamienieje.Lecz się w tém życiu pokój, cisza mieści,Straszna, grobowa — lecz szęściemby była,W téj ostréj, gorzkiéj, płomiennéj boleści,Co się w Jéj skroniach, w Jéj piersiach paliła;W tych, jakby mękach tortur i konania,W tych dzikich, strasznych widmach obłąkania,Na których ulgę nie znaleźć sposobu,Nie znaleźć miejsca — prócz śmierci i grobu!
Morze spokojne — pod łodzią dokołaBłyskają gwiazdy — noc cicha, wesoła!Był czas, dziewico! gdy innéj pociechy,Innéj zabawy nie było ci trzeba,Jak w takich nocach liczyć gwiazd uśmiechy,Gdy się po morzu rozsypały z Nieba.Jak w takich nocach, w samotnéj ustroni,Gubić się myślą w nadziei błękicie,I tchnąć balsamem świeżéj, nocnéj woni,Jak kwiat w swych piersiach czuć kwitnące życie,Czuć własne serce lśniące gwiazdy blaskiem! —Lecz dziś!… —Wtém znowu przeraźliwym wrzaskiemZabrzmiało echo. — Gwebry się porwali,Aż łódź w spienionéj zaryła się fali —Błysnęli mieczem… — Ach! próżne nadzieje! —
Nie czas już, nie czas na powrót wam płynąć!Włóżcie miecz w pochwę, niech wiecznie rdzawieje! —Ten, co tam bez was śmierć i postrach sieje,Wódz wasz, przyjaciel — bez was musi ginąć!Próżno ze wzrokiem wzniesionym ku górze,Chcecie odgadnąć, zkąd ten wrzask? co znaczyTo hasło wojny? — w tém miejscu? — w téj porze? —Ona wié tylko — ona, co w rozpaczy,Jak posąg z głazu, załamawszy dłonie,O maszt zroszony blade wsparła skronie,I w obłąkaniu patrzy ku ruinie —Ona wié tylko — ale, umrze raczéj,Niż wyrzec zdoła — przez kogo On ginie! —
Patrz! światło błysło w ruinach na wierzchu!Wznosi się w górę — postępuje w zmierzchu —Patrzają wszyscy — lecz ach! wzrok dziewicy!Całe się życie pali w téj źrenicy!…
Nie długa chwila — stos stanął w płomieniu,I wkrąg po morzu i niebios sklepieniu,Krwawa, posępna jasność łuny padła,I coraz daléj szerzy się i błyska —Gdy do wietrznego podobien widziadła,Hafed, stojący przed blaskiem ogniska,Ciemny, wysoki, wydawał się z dołuJak duch płomieni śród swego żywiołu.„To on!“ — dziewica z rozpaczą wykrzykła —Lecz nim głos zabrzmiał — już pierzchło widzenie.Wyżéj ku Niebu wybuchły płomienie,Jéj i Iranu nadzieja — już znikła!
Jeden krzyk tylko wyrwał się z jéj łona,I w stos wlepiwszy nieruchome oko,Skoczyła w morze — i wznosząc ramiona,Patrząc nań, tonie — głęboko, głęboko! —Gdzie już jéj ludzkie oko nie zobaczy,Gdzie już nie dozna żalu ni rozpaczy! —
„Spoczywaj, spoczywaj, arabska dziewico!“(Tak Peri pod morzem nóciła):„Najczystsze się perły w swych konchach nie świécą,„Jak dusza twa w tobie świeciła!
„Kwitnęło twe serce jak lilia biała,„Nim miłość je ogniem przenikła;„Jak Samur po lutni, w twych piersiach powiała,„I muzyka życia zanikła! —
„Lecz nieraz w arabskich dolinach i górach,„Kochankom przypomną poeci,„O téj, co śród pereł śpi w morskich lazurach,„Gdzie nic prócz gwiazd morskich nie świeci.
„Gdy w zbiory daktyli, szczęśliwi, weseli,„Zgromadzą się młodzi i starzy:„Usłyszą twe dzieje — i co się śmiać mieli,„Rozejdą się z łzami na twarzy.
„Pasterka-dziewica, na tańce, w dzień święta,„W kwiat strojąc warkocze trefione,„Przypomni o tobie — i żalem przejęta,„Kwiat płacząc odrzuci na stronę.
„I Iran cię w swojéj uwieczni boleści,„I obraz twój piękny, uroczy,„Przy boku swojego rycerza pomieści,„I blaskiem swéj chwały otoczy.
„Spoczywaj! my Peri stać będziem wkrąg łoża,„Morskiemi je kwiaty okryjem;„Z najdroższych kamieni, co błyszczą w dnie morza,„Gwiaździsty ci wieniec uwijem.
„Z konch, w których my same, w błękitach głębiny,„Przy świetle księżyca nocujem,„W najtkliwsze łzy ptaków, w najczystsze bursztyny„Ozdobną ci grotę zbudujem.
„Przyniesiem najżywsze gałęzie korali,„I gajem zasadzim nad tobą;„Źwir Złotéj-Zatoki, co w iskrach się pali,„Jak gwiazdy rozsypiem przed tobą.
„Spoczywaj! niech łzami niebieskiéj litości,„Mogiłę tych zroszą Anieli,„Co jak Ty kochając, umarli z miłości,„Co jako On walcząc, zginęli! —
Comments
Loading comments…