Lajkonik w chmurach — całość

Była to godzina piąta popołudniuWłaśnie wytrąbiono hejnałZ wieży Marjackiej.Muzyka hejnału — powódź trąbPłynęła wszędzieSzklanki, filiżanki z niedopitąKawą i herbatą.W kawiarni w Sukiennicach,Kwiaty w garnkach kwiaciarekUstawione rzędem na brukuLewkonje, lilje, goździkiPełne były muzyki hejnału.Nad Rynkiem, nad SukiennicamiWzleciały dwie w białych sukniachAnieliceJak wiatr letni — szumią ich skrzydłaA żniwiarz wypoczywa pod drzewemŻniwiarz ludzkich myśliI serc — poeta.Gdy hejnał ustał — dzwonyCi przyjaciele ludzi smutnychOdezwały się we wszystkichKościołach:Jak ze stacji nadawczej radjaBum bam — bum bam,Wszystkie myśli wtedy skłębiły się u ludziKtórzy byli w rynkuMyśli wtedy latały po RynkuJak ptaki — jak białePłatki kwiatów — jak gołębieBiali aniołowie ptaków.W ulicy FranciszkańskiejNaprzeciwko różowego kościołaFranciszkanów,Tłum się zbiera szary, krakowskiPulsujący krwią fontannySerca spacerują po bruku

RozbrzęczoneKwiaty.To jarmark pszczół na kwiatachNad kościołem w nieba głębięWzleciało stado gołębi.Nad wawelskie baszty krwaweWzleciało stado kawekA tymczasem:Od Dębnik do PowiślaOd Półwsia ZwierzyńcaBiegnie jeden za drugimLajkonika posełKażdy ubrany w dziwaczny strójNi to Tatar — ni to TurekXV-tego stulecia.Turban z kitą — niebieska bluzaI czerwone szarawaryNiektórzy mają też skrzydłaBiałe lub purpuroweNadlatują z chmurRazem z motylamiJak żółto-czerwone motyle.Są to posłowie tatarskiego hanaZe Zwierzyńca panaLajkonikaTłum: krzyczy, uwija się,Jest to wąż centkowanySyczyŚlizga się w ulice:Studenci, przekupnie, fjakrzy.(z końmi, które mają łby w workach),Urzędnicy, radcowie i krakowskie andry,Pchają się, tłoczą i krzyczą.

POSEŁ I-SZYLudzie wszelkiego stanu,Panowie, radcowie, robotnicyI wy szanowne przekupki,Zgromadźcie się tutaj w kołoPowiem wam coś wesołego:Jestem posłem Laj-konia wielkiego

TŁUM ROBOTNIKÓW:Hy, hy, hy.

POSEŁ II-GI:Nasz pan Lajkoń wielkiDosiada właśnie koniaTak zwanego Pegaza

Pół konia, pół płazaPół robaka, pół ptaka.

TŁUM PRZEKUPEK:Hi, hi, hi.

POSEŁ III-CI:Pan nasz koń — LajuPokazał się już w Zwierzyńcu kraju,Gdzie jest szynk polsko-żydowsko-niemiecki,Tam musi zreparować sobiePodpinki i uzdeczki.

TŁUM FJAKRÓW:Hu, hu, hu.

POSEŁ IV-TY:Pan nasz Lajkonik,Jakby wsiadł na sto koniBędzie tu ze swą zgrająZanim hejnał na wieży zagrają.

TŁUM STUDENTÓW:He, he, he.

TŁUM PRZEKUPEK:Coraz więcej szumi pszczół na uluRaduj się moja babulu.

RADCOWIE:Czy słyszycie muzykę, idzie,Jakby od Zwierzyńca,Jakby od Tyńca...

STUDENCI:Najlepiej słychać basy,Są jak brzuch głodnego.Gdy się go dotkniesz rękąZahuczy skocznego.

FJAKRZY:I słychać rżenie koniaKoński śmiech radosny,To jak ta moja siwka,Kiedy rży do owsa.

URZĘDNICY:Nasze binokle widzą

Orszak się tu zbliżaI sunie ZwierzynieckąJak kot do talerza.

A tymczasem:Wielka banda,Jest to Wisła spieniona i złota...Najprzód jedzie koniuszy,Ma tarczę ze złota,Za nim dążą pachołki,Trutnie wyśmienite,Wielkie ich głowy owite w turbanyCzerwienią się te głogiAż pod świątyń progiŚrodkiem się uwijaNa półkoniu — z kijaNa dzianecie Pegazie(wypchanym sierścią krowią)Obwołany ZwierzyńcaWielki wałkońKról Lajkoń.(Widząc to obydwie wieże marjackiePrzegięły się ku sobie —)Mimo hałasu dzwonówMimo szumu chmurPomimo stad gołębichCo kijankami skrzydełBiją powietrzeDwie wieże rozmawiają:

NIŻSZA WIEŻA:Uważasz jak się ciesząTe krakowskie łyki.

WYŻSZA WIEŻA:Uważasz jak z radościKieckami szeleszczą podwiki.

NIŻSZA WIEŻA:Uważasz jak się puszyTen plugawy Tatar.

WYŻSZA WIEŻA:Jak się zeźlę to trzepnęKoroną złoconąTego pohańca, że wszystkie gwiazdyZobaczy razem z księżyca oponą.

NIŻSZA WIEŻA:Zobaczysz że z kościoła,Z ciemnej zimnicy klasztoruWyjdzie do niego FranciszekÓw święty kwiatek i mniszekI ten go nauczy,Że nie wolno pohańcomPo mieście się włóczyć.

(A muzyka gra — a muzyka graTłum huczy, tłum krzyczyI Lajkonikowi 100 wiwatów życzy).Przed kościołem FranciszkanówStanął Lajkonik potężnyWe wielkim złotym turbanieI z buławą w ręceRozdaje ciosy buławą na prawo, na lewoKrzyczą, hihoczą panienki —A kawalerowieDworscy i dowcipni w słowiePrzedrzeźniają dyszkant cienkiI targają za sukienki

A LAJKONIKPotrząsa wielką na turbanie kitąKtóra rzęsi deszczem złotaI konia złotemi uzdyWstrzymuje i buzdy-ganem — jak girlandą z djamentówRzuca nad domy ku niebu —I dębową twarz usępił,Wielkiemi wąsami rusza,Tym buńczukiem czarnej kiściI gwiazdami oczu błyszczy

LAJKONIK:Hej ludzie co tu jesteściePomnijcie na mą potęgęJa władam królestwem szynkówI mam głęboką gębęKtóra jak Wisła pod GdańskiemChleje i wódkę chłopskąI wineczko pańskie...A teraz z moją gwardjąJadę pohulać na rynekI księciu Biskupowi się skłonićI u Hawełki popaszę konie,Pokłonię się wieżycom,Marjackim siostrzycom.

OBIE MARJACKIE WIEŻE:(kłaniają się)Chodźże tu miły hanie,Ty polsko-mongolski chamieTo sprawimy ci lanieŻe cię na twoim ZwierzyńcuAndry nie poznająChodźże tu z całą zgrają

Gdy wtem:Wielkie drzwi kuteKościoła się otwierająJak dwaSkrzydła orłaAlbo jak dwa wielkiePręgowane skrzydła motylaKtóry do słońca się rozchylaStaje w nich gromada mnichówZ zapalonemi gromnicami,Z kolorowemi latarniamiA na przedzieUbogi święty w połatanej sukni,Boso.Opasany grubym sznuremWężem szarymKtóry wokoło piersi się zwijaZygzakowata żmijaI rusza pętlicąSercowatą głowicąŚwięty ma też na ramionachKilka małych ptakówJaskółek, czyżyków, dzwońców biedakówDo jego ramion przypadliDo dobrej świętej ptaszkarniKażdy ptak się doń garnie.

JASKÓŁKI:Święty ojcze FranciszkuCzy możemy siąść na brzeżkuTwojej łysej głowiny?

CZYŻYKI:Czy możemy szukać po Twoich kieszeniach,Może tam znajdziemyParę ziarnek siemienia?

ŚWIĘTY FRANCISZEK:Latajcie, szukajcie. karmcie się do sytaTylko nie poplamcie mojego habita,

Bo już się śmieją mnichy-bufonyŻe chodzę jak dzierlatka opszczony.

Tak rozmawia z ptakamiUbogi Franciszek —A tymczasem tłum ludziOgarnęła cisza.Niektórzy poklękali, modlą sięOgniście.W ciszyBrzęczą latając muchy,Drzew szeleszczą liście.

ŚWIĘTY FRANCISZEK:Hej, Panie Lajkoń, drogi,Ty miłe zwierzątkoZbliż się, opowiedz twą historjęBiedną,Czemu gonisz po mieścieI potrącasz ludzi?!Przepędzasz moje ptakiCzynisz hałasu tyle,Że nawet uciekająZ ogrodów motyle...

Lajkonik się zbliżaZniża grzywęPrzyklęka,Hołd świętemu oddaje,Turban zdejmuje,Trzyma w rękachKłania się i kłaniaZ draniaZrobił się grzeczny, miłyWszystkie zbereźnościRaptem go opuściły

LAJKONIK:O, święty cynamonowyDobry staruszku,Nie broń mi pobaraszko-wać trochę około Sukiennic,Pozwól się rozweselić, —Trochę ludziom!Patrz jak tam zza okiennicPanienki spoglądają,Rychło tańczyć będą,Jak w pozytywce figurkiZłocone

Wszakże i ptaszkowi nie broniszGdy za motylkiem goni,Ani w Wiśle szczupakowiGdy się gdzieś o brzankach dowie.

ŚWIĘTY FRANCISZEK:Przestań gadać sprośnościNieczysty Lajkoniu,Bo gdy nie przestaniesz,To zawołam matkę-WisłęBy zatopiła twojeZwierzynieckie włości

(woła)Hej, Wisło, matko Wisło!

A wtedy od ulicy GrodzkiejOd Wawelu, od Kazimierza miastaNadchodzi smukła niewiastaW niebieskiej jedwabnej sukniW rękach trzyma dwie putniePełne wodyW których pływa twór wszelakiRyby i raki.

WISŁA:Rozkaż tylko mój OjczeA chlusnę w ZwierzyniecAż się utopi ten niec-ny pohaniec

CHÓR PRZEKUPEK:(lamentując)Ojcze święty nie pozwólAby Wisła nas zalałaJakżeby przekupkaW małym RynkuJarzyny sprzedawała

CHÓR FJAKRÓW:Święty Franciszku, kochany braciszkuGdy nas Wisła zalejeTo gdzie się biedny fjakierZe swą szkapą podzieje...

CHÓR STUDENTÓW.Jak się Wisła rozleje bez końca,Nie puści nas na majówkę do Tyńca...

ŚW. FRANCISZEK:Uspokójcie się moi ludzie mili,Nic wam nie grozi w tej pogodnej chwiliTy Wisło, ze swemi rybamiPłyń równo z brzegami,Ty Lajkoniku,ŻartownikuZabaw się grzecznie u ludzi,Żeby się szatan nie zbudził,A wy, rybki, ptaki i kwiatyŻyjcie szczęśliwieW wodzie, niebie i niwie

Święty wraca do kościołaZa nim procesja mnichówz gromnicami.Wielkie drzwi kościołaZamykają się za nimiZwolna.Muzyka gra, — tańce,Śpiewy,Lajkonik hasaA nad miastem krążąSamoloty aniołówO białych skrzydłachI więzgnąW chmur sidłach,Które płyną ku słońcuJak w tańcuA z niemiAnielica PoezjaWszystkich biednychPrzyjaciółka.

Z kwiatów się to zaczęłoZ róż czerwonych i astrówZ łąk pachnących i lasówŚwierków wysmukłych i brzóz.Gdy myśli moje jak kwiatyJak drzewa co bledną wiosnąWiatry dreszcze miłosneI chmury, gwałtowne uściskiSkłębionych ramion niebaI żyłem wtedy jak ptakJak dziecko ptaków jak śpiewSen który brzęczy polemPajęczyn, strun skrzypiec leśnychA wtedy na skraju niebaNad gór ustami i czaszkąNad lasów pierścieniem i snemNad lokami brzóz, jaworów i lip,Spośród nieba stajen i wrót,Galopował mój pegaz, mój łoszNa białym dzwoniącym bruku chmurZ grzywą rozwianą, z podkówHukiem — koń w chmurachBurzy wiosennej — czarownik i bóg.

Z mrocznych wąwozów gorskichWyszedłem w życie z wysokich mrokówZ chmur białych, skał kędzierzawychNa niebie, z mgieł jesiennychNad złotem liści jawora.

A potem były miasta gorące plugaweDalekie perspektywy żelaznych szynBiałe dymy maszyn i brylanty lampElektrycznych w długich ulicach.

A potem nadpłynęły dalekie morzaOkręty — białe stada delfinówAmarantowe góry i gronostajowe niebaWulkanowe dymiące TrytonyMórz bastiony wagabondy Ulissa.

A później widziałem wyspy gdzie gronaWinna — winem płynęły do dzbanówW Kanie Galilejskiej.Gdzie ryby wychodziły na brzeg aby zapłodnićDziewice, córki bronzowych wyspiarzy.

Widziałem płynące krzaki koraluZamieszkane przez sejmy mewBiałych—kormoranów wodnopłatowców szerokich.I wszedłem wreszcie do wielkiego miastaGdzie w ciżbie ludzkiej oszukano aniołówDla kraciastych fuarów na wielkich bulwarachBył to konkurs aniołów upadłychKtórym dawano skrzydła — protezyI uczono latać w sztucznych obłokachA tymczasem ziemia była im nieznanaCoraz bardziej nieznana i obcaJak potrzaskanym w burzy albatrosomSiadającym na maszcie tonącego statku.

W górze po niebie lecą bocianyW kościele dzwonią dzwonyŻółty liść z lipy leciDąb rudym liściem odzianyNad wodą z mgieł oponyZłote światło zorzy na niebie świeciNie śmieje się słońce dzisiaj, nieNie błyśnie skrami potok, nie.Po bladej ścierni wlecze się dymW cmentarzu smutny śpiewają hymn.Trumna uderza o grobu ścianęTrupie, dni twoje będą zapomnianeI zapach grobu i zoranej ziemiWestchnienie żywej piersi i jodeł smentarnychCicha śpiewka pastucha i senne marzenieI chmury ciemne co idą powoliI bieg myśli niespokojnych gwarnychSzelest liści i zblakłe wspomnienie.(1906.)

Krzyk białych skrzydeł obłoków;Skrzydeł rozwianych łzami; — i włosyWłosy głosów syren i statków podwodnychRóżowych pomarańcz i cytryn, stokówBronzowych piersi, szumiących kaskadą rosyI głosy muzyki, fal pierworodnychJak Wenus wybrodzi się morzem,Kule i bańki mydlane myśląceMorzem się prują jak zorzeKu brzegom rwą —, słońce zachodzi —Słońce które kochałem brodzące,Przez morze płynie ku ziemiom i dniomAby stanąć, rozdmuchać żagle i faleRoztworzyć klatkę gołębi, te wzleciećMogą ku gajom i liściom i pniomA żagle opadłe polipy, odsłonią laguny, dale,Gołębie, górskie stoki — miasta czerwienią niecić,Rozniecić pożogi myśli — zapalić i ścianęMiast, i rzymskie kolumny na górachI śniegi, eukaliptusów kopuły i gankiNa gankach, harfy, nuty wstęgą związaneCyprysy cmentarne krzyk o upiorachDzwony kołysać i rzucić lęk ichNa piórach wzlecą w doliny do ludziDzwonią serca okienic — zatętnią i cytryI rozharmonić harmonję złych strun, —Czarność i czerwień w fontannach złudziRozdymić zwaliska, rozłamać ErytreiŚwiątynie — a bogów przystroić w róże i ruń,Umaić w bluszcze, w kaskady ozłocić dna górskieStroić welonem z wina, jagód i bzu.

Poranne gaje się wspięły i szklanej rosy tońW której się broni bosa Artemis w łożu — w śnieZaszczuć Akteona — dać zębom i psuW paszczy przyniesie: rosę, róże i błońA dymy nad zorze, nad słońce spowiły brzegiFala przynosi głosy zskrzydlonych strunI ziemia czerwieni i szczeka: rudopłomienne przedudzieSkrzydlate płaszcza łuki, jęki i biegiCzarno — pąsowych lustrzanych łun...Biją się w lasach bogi, ptaki, obłoki i ludzie.

Zmrok miasta chmury to kwiatyKwiaty rosy spragnione jakStada w górach kwiecistych pszczołyLecą niebawem do raju aniołyGołębie Boga wzlatują w nieboNad miastem w dole miasto jęczyPrzez sen budzą się robaki stadaLudzie mówią przez sen wymawiająImię Boga wstydliwe aniołówWzywają twarz Lucyfera ogieńPali się w żyłach gdy idę ulicąNa rogu staję przecieram oczyMgła to fontanna wiosenne drzewaNieznani mi ludzie idą ulicąNa rogu staję przecieram oczyDrzemią samochody latarnieMiasto blade ze snu patrzyZaropiałemi oczami nadzieiGdy wzywał na rogu ulicy imienia szatanaNadaremnie wzywał imienia tego satrapyUzurpatora zbrodniarzy dziewcząt apaszówNa darmo wzywał imienia konającZ nożem w sercu konał pod bramąA wtedy patrol policji szedł lewąStroną zakrwawionego chodnikaGdzie w błocie ślady bucikówBladej dziewczyny ulicznejW pędzącem aucie gdzie kierownicaButelka wódki pełna sinaUpiór to stoi śmieje się12 centymetrów wysokiTymczasem w Saskim ogrodzie w ciszyGdzie resztki śniegu cukru pod muremŚniegu brudnego sadzy z komina pałacuPod śniegiem zielone pęki bladeSutki piersi młodej dziewczyny zwiędnięteRozwijających się liści kasztanów

Kot brudny sadzami pałacówŁowca dusz kanarków i myszyWraca wolno balon-sterowiec pełnyWraca z nocnej libacji miłosnejMknie dyskretnie cicho pod muremNaprawdę jest to kot czarownicy z MadrytuSławnego malarza Goyi z Quinta del SordoTutaj w Warszawie znam taką dziewczynęKtóra ma kota białego jak chmura nad WisłąWłaśnie zasnął na ławce w AlejachBył to jej siny kochanekSpotkał go agent policji potrójnieDziewczyna ma suknię jedwabną różowąJak chmura wiosenna nad zamkiemPiła dziewczyna wino w nocnym dancinguWino jak woda Wisły wabiącaDziewczyny piersi wabiące krajobraz ciszyWiosenny wiatr leci aleją i gwiżdżeHej prędzej auto auto tu do mnieWoła pan w smokingu błyszczącym czarnymFutrze jak tygrys futro w pręgiStanęło auto w długiej aleiJerozolimska zwie się alejaOd miasta gdzie krzyż i palmyCzekały młodego ChrystusaOrgany w katedrze szeleszczą skrzydłamiDziecko płacze w kolebce u matkiBudzi się ze snu brzask się robiWarszawa wstaje matka do dzieckaW szpitalu białe łóżka rzędem jak łodzieCharona o wiosłach błękitnych i miscePełnej zwietrzałych obolówZapach lyzolu waty i kamforyJak chmury w izbie na stoleBudzą się ludzie w łachmanachW nocnym azylu w jamiePręgowanego borsukaWeszła chmura anioł błękitnyPrzez rozdarty dach wiatrem wiosennymKilka płatków topniejących śniegu wleciałoSą to wczesne motyle wiosenneGoniące za różąNad miastem promień zbłąkanyKtóry wiatr wplata w chmuryGdzieś daleko daleko wschodzącego słońca.

Panam to serce bijącez tętnicą rzeką pośrodkuz ulic jedwabnych się sączykrew lepka i gorącana sercu gdy rękę kładłemna książce żywej i ciepłejby czytać romans żyjącyktórego tytuł jest: Panamtak często przypinać skrzydłalecieć w ulice nieznanei być w przyjaźni z miastemkochać cuchnące ścieżkinędza która się pyszniw błocie ulicznemi deszczuna rogu stać pod latarniąjak sztuczna palma w hotelubyć w botanicznym ogrodzierododendronem lub pinjąlub w drugorzędnych buatachgrać rolę demona nocyileż razy przeszedłemulice twoje o zmrokugdy światła nadbrzeżnych latarńsceptycznie wabią rozbitkalub szedłem od Montparnassupiechotą aż na Place Clichyby w La Fayetta zwierciadłachpodziwiać twój uśmiech lalkoPanam, Panam o zmrokujesteś harmonją najczystsząprzez ironję tylko cię znałemjak każde piękno na ziemi

z gniazda chmur którekryje się za słońcemwzleciałytrzepocące się skrzydła,objęłyśnieżne pole niebaz domów otwartych — zielonych okiennicspozierają źrenice mi znanewszystkich kardynalnych cnótmieszkańców podmorskich miastzjadaczy chlebaminjaturowych, grzeszących aniołkówoczyarchanioła gabrjelao pudrowanych skrzydłachpudli strzyżonych ił la antoineludzi dobrych za darmoi za pieniądzedla sportu, dla metodyryb płynących, smarkających sięrekinów zjadaczyniewinnych makreli i fląderpłyną okręty olbrzymytransatlantyckiekochające podmuchy wiatrui fale o perłowej ślinieo śliskim braku rymówi poezja rimbaurd’ai poezja apollinair’apłyną galery pełne niewolnikówz pieczęciami fioletu

na nerwowych ramionachpieczęcie równości, braterstwarówności niewolnikóww głębinach akwarjumłodzie podwodnełodzie napełnione zaduchemmechanikaroztropną wynalazczościąna brzegach akwarjumrosną małe palmykołyszą się tamminjaturowe małpyo akwarjalnych małychcnotacho minjaturowej obłudzie.

W Pompei widziałem freskiw Villa dei Misteri.Fioletowe tła harmonizująTam z czernią włosówZ różowo-matowym blaskiemPerłowych kobiecych ciał.Malarstwo jest harmonjąWyszukanych gam kolorów,Które żyją w oczach malarzaJak żyje obłok na niebie,Jak odbicie lilji bladoróżowejW lazurowej wodzie stawu,Jak żyje blask motylowego skrzydłaNa tle ciemnego błękituPogodnego niebaMalarstwo jest muzyczną rozkosząTonów najrzadszych, najprostszychZ których malarz tworzy obraz świata.Łączy na powierzchni płótnaNajrzadsze, najprostsze harmonjePodobnieJak je łączy w swem potężnemBogactwieNiezbadana dla ludzi harmonjaPrzyrody.A malarz dźwięki, tony i formęWybieraZ bogatego ogrodu kwiatówI tworzy świat nowyNa swem płótnieŚwiat wewnętrznej harmonjiKtórą odczuwa i któraW nim żyje.

zamilknie miastoprzemówi dzwonemgołębiem skrzydłemkwiatem jaśminuZaragoza Zaragozaróżową faląpasmem kadzidłatwarzą Madonnyjagodą czarnąZaragoza ZaragozaGoya z portretuwojny dalekiejdalekiej trumnyśmierci we frakuZaragoza Zaragozajuż na areniemiasta Senioryożyły kwiatypasma koraliZaragoza Zaragozaz lilji Corridadłonie z jaśminuszukały perełjagód czerwonychZaragoza Zaragozaznalazły pluszukrwawiąca różerzęsy motyleoczy MadonnyZaragoza Zaragoza

o rannej godzinie zastałemtrzy pieśni trzy nimfy błękitnew spokojnem morzu trzy chmurytrzy statki o żaglach z purpury

kotłem miedzianym słońcadzwoniąc grałem symfonięi morze z rybami napróżnorzuca swe fale przejrzyste

cisza na morzu woalemoplotła głowę panny młodejpomiędzy biodra rekinywplotły się wieńcem mimozy

mimozy kwiaty żółtepszczołom lotnisko wonnedzwony z wieży miasteczkafurje pieśni pozgonne

latorośl myśli poczwarkąbarwy motylich gąsienicpełznie ścieżką jak autolimuzyn na kołach z jedwabiu

już dawno dzwonili na wieczórrybacy światła palążegluje na morzu tęsknotawyśmiany sentyment romansu

i czarna donia w mantyliw klatce roje motyliczerwone szare różowedrogi w górach tańczące

tańczą na bruku różea włosy kwitną rezedąromantyzm wyłazi z basztyksiężyc na bramach sewilli

stukam młotkiem do bramypamięć mnie przecież nie mylitutaj schowałem w kufrzerękopis mego romansu

myśli co gryzą kwiatykwiaty więdną na murześwierszcze polne pląsająw kostjumach marjonetek

to myśli tak pląsająsyczą struny gitaryniedarmo morze naprożnotalizman mej miłości

łatwo dzwony rozbudzićkwiaty zakwitną wkrótceróże i czarne goździkiw żałobie po swojej królewnie —

sewilla, w październiku 1929 r.

W toledańskiej katedrze Chrystus zakrwawionypozbył się swojej cierniowej korony,toczy się po kamieniach korona cierniowa,schyliła się ku ziemi matka Jezusowa.

Podniosła koronę matka utrapionai zakrwawione ciernie przyciska do łona,głęboko w piersi ciernie się wbijają,czerwone krople na ziemię padają.

Zobaczyły gołębie piersi zakrwawionei w białych piersiach ciernie zagłębione,wleciało do kościoła stado gołębiowe,by z ran wydobyć sztylety cierniowe.

Nadleciały jaskółki z kraju dalekiegoaby odjąć Matce bólu głębokiego,nadleciały skowronki z pola zielonego,by ulżyć męce serca Matczynego.

Nadarmo się kochani ptakowie trudzicie,zbolałemu sercu Matki nie ulżycie,bardziej nad ciernie, nad krwawiącą ranębolą Matkę gwoździe do krzyża wbijane...

Bardziej niźli ostre sztylety błyszczącebolą Matkę oczy Syna konające,bardziej, niźli cierniami piersi pokrajane,bolą Matkę rany Synowi zadane...

W katedrze Chrystusa ciało konające,a nad niem stada ptaków latające;cicho, cicho, nie bijcie skrzydłami,w świat z krwawiącemi odlećcie cierniami.

W Andaluzji róże zakwitłyróże zakwitły w płomieniachburze je nocą szarpałydeszcze je myły ze krwiserca biły w kamieniachna skałach orły jak sny,dzióbami wywszały swe pióraby pisać z królestwem paktAragonji dumnej królowejMaurowie siedli na zamkachi głaszczą piersi fontannyrozmowa ze słońcem różyzbudziła okręty ze snupiraci pustoszą wybrzeżaróża — krew z rany cierniowejpnie się po drzewie krzyżaChrystus otworzył ustaspragnione rosy różanej.

Wstążki gitary i miłośćgdy słońce ubrane w trykotykąpie się w morzu porannema miłość motyl skrzydlatyszuka rozkoszy wśród kwiatówserce zapali się zorząi zagaśnie o zachodziegdy słońce morzem żeglujegdy góry dymiące gasnąi kadzielnice kwiatówi struny rozbrzęczoneszumiącej wstążkami gitarymiędzy ulice białetoreador księżyc wejdziegitarą zaszeleściotworzy okiennicenapoi kwiaty truciznąwstążki przemieni w wężerozbudzi sowy — motyle.

Brzęczą harfy wśród gajówGeneralifemuzyka górskich ruczajówkwiaty ogroduKalifamury czerwone jak pożar WschoducyprysyAlbaicynukościoły to strzały seledynowew łuku giaura napięteKoranu słowa świętewyryte na murach twierdzyzbrodni i grozypółksiężyc i krzyż Mendozypotokirobaki małeszemrzą w liściachcisza jest matką rozkoszywśród ciszybrzęczy sznur ambryna łonie Aiszygwiazdy haremuAlhambry

Błyszczy szpada Lalandyw słońcu żmija złośliwaa byk to czarna chmurao wstęgach krwawego deszczu

hombres! woła Lalandajak Roland woła na sługipodajcie inną szpadępromień boskiego Mitry

nadbiegli banderilleroswielkie żółte motyleobsiadły byka wstęgamiogniste muchy tęczowe

cisza w krwi się kąpałaLalanda wbił szpadę w sercekrew płynie nozdrzami bykakaskadą Alpuharry

nadbiegli towarzyszeManuel Aguilar „Rere“,Francisco Chaves „Chavito“ściskają dłoń zakrwawionąLalandy rękę żmijową

zapalcie gromnice żółtemówi Lalanda do braciprzed Seńoritą w kaplicyniech zmówię pacierz dziękczynny

palą się świece w kaplicywielkie oczy Madonnypatrzą ciemnemi węglamina skrwawionego Lalandę

krew się na piasek lałakrew to jest mojej sławykrwią tą chciałem zmyć ranybolesne twojego Syna

krew się złączyła z ziemiągołębie lecą ku niebuarena ołtarz ofiarnywielkiego boga Mitry.

W Sewilli na plac Ferdynandanadjeżdża tramwaj zielonykwiaciarka niesie bukietyfijołków i jaśminu

To dla was seńoresto dla was seńoritasw każdym fijołku jak miodukropla miłości ukryta

miłość rodzi się w kwiatachmiłość zbiera się z kwiatówbądźcie pszczołami seńoritasa motylami seńores.

Trzy córki ma Eulaljatrzy jak jabłoniedorodne dziewice.Tra ra ra

Jedna kocha się w winnym krzewieDruga w migdałowem drzewieA trzecia kocha się w morzuw morzu.

Zaślubiny pod kopułą (granatu) niebaz winnym krzewem z migdałowem drzewemz morzem pienistym rumakiem.

Trzy córki zaszły w ciążę

Eulalja.(Żona rybaka) cieszy się klaszcze dłońmiJedna rodzi grona ciężkie jakgranat nieba.

Druga rodzi owoce pachnące jak oczyNajady, Najady —

A trzecia:Miała urodzić Trytona małego Trytonalecz nie żyje

(Boże, Boże).

W pienistem łożu — utonęła w morzu.

Mój Boże.

Ponad góry, nad doliny,ponad lasy, nad polany,cztery gwiazdy zaświeciły,dwa miesiączki się zatliły,rzeki płyną dolinami,jako węże zboczeniamichmury pędzą pod wierchami,jako owce kierdelami,w jedlach ptacy se gwizdają,w lasach zwierze się zwabiają,tam w dolinie w szałasyludzie się zwołują,tam pod wierchem, pod lasem,owce się zbekują,tam w dolinach muzykina drumli, na kozicach,tam w przysiedlach kulikiw ciasnych stancjach, izbicach.Cosi się tam sposobi,cosik się ma ku sobie.— — — — — — — — — —

A co tak brzęczy, czy to wesele.jak klucze na obręczy, jak organ w kościele?

A dyć się to muzyki mają k’Betleem.a dyć się to drużbowie pasą weselem,a to się druhny bogato stroją,a to im się konisie ledwie ustoją.(A weselehuczy, buczypo buczyniepo kłobucy).

Bu-bu-bu-bu,czerwielina czerwielu,hu-hu-hu,hej buczyna buczynu.

Że was to smutek nie garniew talichtakich górach wysokich,a że wam to wszystko śwarnieidzie w ton szeroki,i że was tak dusza swędzi,i że wam ciało nie zrzędzi,że tak chodzicie kontenci,jak gołębie, jak święci,a że patrzycie kanciastojeden za półsta i za sto.

Jest to muzyka, jest to wesele,idzie z różdżką, dróżbami w Betlee.Taka to już natura jest nasa,bośmy są od wierchów, od lasa,bośmy są, jako orłowie swywolni,bo jako lisy i wilki my wolni,od radości do smutku u nas pół mili,bośmy słowami sami się uczcili.

O, ludzie, moi ludzieco w świecie żyjecie!O, góry, moje góry,co niebo bodziecie!Oj, ptaki, moje ptaki,co niebem pływacie!

Oj, ryby, moje ryby,co w wodach pluskacie!Oj, wody, moje wody,ku morzu się macie!Oj, rozwiejcie się smutki,zwiejcie żałobnoście,rozwiejcie się od ludzi,za góry się noście!

A teraz zbystra i zwolnagrajże nam, muzyczko swywolna,grajcie nam, skrzypeczki, maleńko.grajcież nam, fleciki, na cienko,huczcież nam, basiska, grubaso,naróbcież dużo hałasu.Niech wiedzą w Betleem, w krainieże ich wesele nie minie.Niech Józef i Panna usłysząi Dzieciąteczko kołyszą,Niech się raduje Jezusina,że u nas harnaśna jest mina.— — — — — — — — —

A tam na środku, w stajni ze słomyklęczy Panna Marja, Józef znikomy,Dzieciątko Jezus, jak kukiełeczka,śpi sobie w żłobie koło stołeczka,a Marja: Huś, huś, lulej troszeczkę,a Józef se kurzy, pali fajeczkę.A są tam aniołowie, przylecieli z nieba,ruszają skrzydłami — pawiów ogonami.A są tam gołębie, zlecieli od grani.Nadleciały cietrzewie, kłaniają się Pani.A w szopie, przy żłobie, wół się szamoce,a osioł nieborak pyskiem mamroce.Wół, osioł na siano parą duchają,wół, osioł przyklękli, czuwają cichają.

Przeszliśmy przez potoki Dunajce,przeszliśmy drogi przez światy na krańce,stanęliśmy przed stajnią, przed progiem,kłaniamy się przed Bóstwem, przed Bogiem;przyszliśmy tu z dobrem słowem i z graniem,przyjmijcież nas wesolutko — zostaniem,położymy parę darów przed progiem,zagramy i zatańczymy przed Bogiem.

O, moje basicki, oj grube, oj grube,pękateście, jak górecki, oj hrube — oj hrube,i ty, moja skrzypecko — ptaszecko,

zaświergotej po strunach zdziebecko, zdziebecko,Wy moje fleciki i kobzy pękate — pękate,zaświszcie se, jak po wirchach kozice rogate — rogate.

Zatańczę se koło proga w chałupie — w chałupie,nie będę stał z moją druhną przy słupie — przy słupie.

Dyć to drużba taki skory do tańca,ale w karczmie przy szklaneczce obrońca — obrońca.

Jak się łąki, jak się hale ucisą,pognam wołki, pognam capy na Cichą,jak na halach ja barany odkrzycę,a tymczasem niosę Pannie żeńtycę — żeńtycę.

Wojował ja w Miklasie i w Śpisu,zawezwał mnie w Uhrach żandarm do spisu — do spisui nie znalazł atramentu, ni pióra,bo mój kamrat mu oberwał medale z mundura — z mundura.

Nie dziwcie się, że ja tańczę, ja czarny,bom se pojadł na śniadanie pół sarny.Niech mnie strzelcy nie gonią od Hamrów — od Hamrów,bo w Smreczyńską na polany idę znów — idę znów.

Żeby nie ten Jezusowy w stajni dwór,zatańczyłbym ja tu z tobą na umór — na umór,lecz mi trochę mały Jezus tu wadzi,że nie chcę się z tobą wadzić przy boskiej czeladzi — czeladzi.

O, wy bracia, wy zwierzęta, tu w nędzy,nie macie ani fortuny ni złotej przędzy,bądźcie w zgodzie, jako gwiazdy na niebie razem,odegnajcie z siebie pychę Bożym rozkazem.

Dośpiewuje jak możeweselisko w tej porze,tańczą wszyscy wokołoprzed stajenką, stodołą.Mały Jezus kontenty,Marja i Józef święty,że w lichocie i biedzietan przed nimi się wiedzie

Że was to wesołość tak wzięła,że was ni smutek, ni bieda nie ścięła,jak się smreki pną w górę do nieba,człowiekowi radości potrzeba.

Ziemia się przed słońcem skłoniłai na niebie gwiazd wielkich jest siła,co na słońce patrzą się z miłością,tak i człowiek goni za światłością.

Ej, ludzie, moi ludzie — ej, cosik się kroi,a dyć tam nad Betleem gwiazda wielka stoi.

Jakieś idzie wojsko, jakieś cugi jadą,jakieś się panowie tu toczą gromadą...(Wesele spoziera,stanęło — nie grało,na niebie się słońcez dziwu obracało).

Nadjechali w karetyw cztery konie dzianety,z dzwoneczkami, ze służbą,z murzynami i z drużbą,sąsiek srebrny i złoty,przecudownej roboty,przed szopą go stawiają,Jezusowi kłaniają.

Z dalekich stron idziemy,od morza się niesiemy,Gwiazda nas tu wołała,lasy, rzeki mijała.

Lasy, rzeki minęli,przed stajenką stanęlii klękamy przed progi,gdzie Król mieszka ubogi.

Złoto, mirę, kadzidło,rozmaite bawidłoJezusowi niesiemy,dobre słowo powiemy.

Wędruję ja po niebie,światło zbieram dla siebie,Jezusowi zaświecę,słońce w stajni rozniecę.

Biją pokłony królowie magowie,padają na ziem ich słudzy rabowie.wielbłądy klękają, chorągwie wiuchająpasterze tańczą — muzyki grają.

W onej godzinie, w tym czasie,w tym betleemskim popasie,weselą się zwierzęta, słudzy, królowie,weselą się ubodzy, biedni ludkowie,Muzyki dudnią, ptaki śpiewają,słońce, miesiąc i gwiazdyzłoto w szopę rzucają.Ziemia się kręci rada w tej chwili,a małe Dzieciątko z radości kwili.

Paryż — Warszawa, 1926.

Dęby jesienią złocone.Wiatrem zimy rozdarte.W polu stoją samotneŚnieżnym biczem smagane.A słońce złote jak dukatChmury rozdziera i nieboBłękitne jak głębie jezioraZ górskich głębin odsłania.I księżyc błyszczy pod wieczórI gwiazdy błyszczą w toniGórskiego potoku co prycha,Jak rumak szalony pędziNa skały kamienne łożyska.Osiedla zwolna ucichły,Gwiazda wieczorna prowadziGdzie żłób i siano pachnące,Przez szumne wichry zasiane,W górskich polanach zebrane.U cichły dęby szumiące,Ucichły sosny śnieżyste,Nie szumią chmury rozdarte,Nie huczą potoki bystre.Wśród tej ciszy, jak strunyHarfy wyniosłej zagrałyChóry krasnych śpiewaków,Ptaków o skrzydłach słonecznych.Jest żłób i siano z kwiatówCo latem w łąkach zakwitły,Nad żłobem Matka schylonaSwe dziecko do snu kołysze.I chór motyli-aniołów

Tęczą błyszczy wśród śniegu.Bydlęta klęczą u żłobu,Pasterze nadchodzą z muzyką,Z kobzą i z harmonijką,Cieślę Józefa poznają,Marję i Dziecię witają.Któż to otworzył wrotaNaoścież, że wiatry mylniceTłuką się o kalenicę?!Któż to zapalił gwiazdęCo wtłacza się w szopę ubogą?Cóż to za ludzie w proguW koronach i szatach złocistychKlękają przed nędznym żłobem?— — — — — — — — — —Ptaki i aniołowie, króle i pasterze,Chmury i gwiazdy w przestworzach,Śniegi w wieczornych zorzach —W tę noc przed szopą na haliPrzed nędznych się Królem zbratali.

Cisza z nieba pełna świateł,płynie na ziemie w dolinypokryte śniegiem i szronem.A w dolinach, pod góramipod wierchami nad otocząlasy jedliny się mroczą.A tam szałas pełen blaskówpełen wonnego siana.A w szałasie tym jest Matkaco dziecię do piersi tuli...A szałas pełen jest ptaków,pełen aniołów skrzydlatych.Rozszumiały siąsię wszystkie potoki w górach,Zahuczały wszystkie lasy na skrajach,Rozsnuły się pajęczyny po chmurach...Wszystkie ptaki zaśpiewały po gajachZagwizdały kwiczoły w jałowcachI zakwiliły orły w manowcach...I przyszli do szałasu ludzie ubodzyw podartych cuhach, łatanych portkach,od strony Spisza, od strony Uj-hela...I przyszła banda, wędrowna kapelaCo po weselach po Węgrzech się włóczy,I flet co gwizda, basetla co mruczy.Przyszli potem strudzeni gazdowie,parobcy, najmici i hajdukowie...Ludzie od młyna, od traczy,Z lasów gromada rębaczy,i faramuśni drużbowie z wesela,i piękne druhny: Róża i Aniela,

Przyszli też wartcy zbójowie,Janosikowi druhowie,od Łomnicy, Orawy, Miklasa,co to zmłodu uciekli do lasa.I przyszedł stary muzyka Sabałaco jest skrzypek pierwszy na świecie bezmała.Z dalekich krain Trzej przyszli Królowie,z których jeden Kasperem się zowie,Melchior, Baltazy, dwaj inni panowie...Przynieśli mirhę, perły, złotogłowie.Gdy wszyscy pod szopą stanęli,Ubogie i króle razem klęknęli.Gdy Dziecię zoczyli tam śpiącea przy żłobie bydlęta klęczącea na dachu gołębie gruchały,nad szopą się gwiazdy schylały...Wtedy miłość co w sercach się kryjejak droga perła na dnie wód głębokichgdy ją praca rybaka odkryjeogarnęła ziemię i przestworzalądy, planety i morza.

Ziemia z gwiazdami pospołukrążą, jak stado owiec,a słońce, — pasterz porannyuśmiecha się do chmur i gwiazd.W dolinach cisza wieczornabłądzi skrzydłami sowya na hali, na polaniebiedna szopa stoi w śniegua do szopy biegną ludzieprzez doliny, przez potokii przez wierchy osędziałe,w srebrnych lodach oniemiałe.A w szopie Matka i Dzieciędo siana tulą swe głowy.Siano to z wonnych kwiatówz zielonej zwiezione dąbrowy.............

W tej godzinie tu wszyscyzbierajcie się do kolebygazdowie, bace, pasterzewy dalecy i wy bliscy,niech każdy co może bierze,jako pocztę jako daryi migiem do szopy bieżypod wierchy na polanę.

A którędyż to do tej szopy droga,a cóż tam się stało na Boga!Panie Baca że tak naglekażecie biegać na regle!

A czyście to nie słyszelimoi ludzie moi drodzy,że Król biednych się narodziłna hali, w szopie, we żłobie,że ten hyr co o Nim chodziłstał się prawdą w tym sposobie.

Podobno wszyscy ptacy zlatują w dolinę,aby Dziecięciu zagrać, zaświergolić krzynę..

Ponoć wilcy się zebrali i radzą,że Mu stado złowionych baranów podadzą...

Słyszałam jak na rynku w Krościenkużydkowie mówili,że orawscy zbójnicyDzieciątku złote poduszki kupili...

Kupię też i ja dla Dzieciny cztery kukioły,aż się będą radowały w niebie anioły.

Nie szwargoczcie, nie marudźcie po próżnicyrzućcie okiem ku skalistej Świnicy,wszak to słońce już idzie w zachodya wy tu jeszcze jak owce u wody,biegajcie w te pędy ku hali gromadą,zabierzcie ze sobą także stado,Dziecięciu Marji złóżcie pokłonytakże i Józef niech będzie uczczony.............

I wszyscy biegną pod górę, pod lasygdzie się w śniegach migają szałasyW żłobie na sianku Dziecię spoczywa.Po szopie, po strychu, po kalenicy,skrzydlaci zasiedli tam kolędnicy,i zięby i czyże, gile, szczyglice,turkawki, trznadle, synogarlice.a także stado aniołów brzęczyjasnemi, wielkiemi skrzydłami tęczy...

Z dalekich krain przyszli królowie,trzej władcy, co byli ze sobą w zmowie.Przed szopą klęknęli, dary rozłożyli...Aniołowie harfy, lutnie nastroili,ptacy się skrzyknęli, głosów próbująi wszyscy, jako tam byli na hali.razem śpiewali zagrali —Ubogiemu Dzieciątku na chwałę.............A także na niebie się gwiazdyz radości iskrzyły wspaniałe.

Dunajskie ryby, pstrągi i łososie,W szare progi kamienne płyną siną wodą,Zżółkłemi liśćmi buczyna trzepoce,Uherskie góry zginęły w pomroce, —Hawrań i Murań stoją siwe w szronie,Smreki pod nimi w bielutkim robronie,Hej baco, — hej baco, mój drogi! —Wszakże to tyle już latek minęło.Jakeś na hali szopę wybudował!...

Lata prędko leciały — jak kukuczki gajem,Tuśmy się narodzili — a tu nas nie staje, —Szopem w hali zbudował, — stajnię znamienitą,Dziś ją tam zamieszkuje Pan ze swoją świtą,Żona jego Maryja z malutką Dzieciną,Dziś im się narodziło to dziecię cudowne,Rączyny i nożyny jak u lalki równe,Właśnie się mnie pytali pachołcy od Roja.Którędy się to idzie do tej szopy mojej. —

A powiedzcież nam baco, powiedzcież nam wartko.Jakby się tu pokłonić przed Dzieckiem i Matką.Mamy pstrągi kropiaste i brzany srebrzone,I ślizienie zwyrtne w potoku złowione.A którędyż to droga do tej szopy w hali?!... —Żebyśmy się tam przed żłób Dzieciątka dostali...A te w kobiałkach ryby zaniesiemy Pani...

A mój baco harnaśny, a mój baco miły,I my też przed żłób Pana zdążamy co siły.Ja mu niosę sarniuka, a kamraci strzelce

Wilka prowadzą, co go złapali za kielce,I całego jelonka z Homolaca lasów,Co go tam ułowili bez flinty i bez psów.

Ha, ha, ha, — ha, ha, ha, — ha, ha, ha,A toście wilczkowi napędzili stracha,Będzie się też to cieszyła Dziecina,Żeście tak śwarnie zaszli tego poganina.

A powiedzże nam baco, — powiedzże kochany,Którędy się to idzie do tej naszej Pani,Pokłon niesiem dla cieśli dla Marji i Dziecka,Zagramy mu na flecie, basie i skrzypeczkach.Zagramy mu, sztajera, czardasza i walca,Co się go tak śwarnie tańcuje na palcach.I tego marsza, co go to Rakoczy,Kazał se przed spaniem grać muzykom w nocy.

A zagrajcież Jezusowi marsza zbójnickiego:Jak się to Janosik ruszył spod Hrubego,Kiedy to na wesele szedł se do Luptaków,Pobił po drodze w karczmie pięci Ludźmirzaków,Ani pandurów, ni wojska nie baczny, —Zabił trzech harendarzy, — spalił cztery karczmy.

Ej panie baco wielki — powiedzże nam panie,Którędy się to idzie ku onej polanie,Kędy to Dzieciąteczko na sianie spoczywa,A przy Niem Matka Jego, Pani Miłościwa,I cieśla w starych portkach i podartej czusze,I moi kompanowie, i ja też tam muszę...Niesiemy im każdy po sera kawałku,Dwa mendle jajek i masła osełkę.A czarny Kuba dla Jezusa Pana,Prowadzi za rogi całego barana.

Do owej stajni, do owej biedoty,Idzie się od potoka przez leśne wykroty,Potem się przez polanę na prawo weźmiecie, —

A tam szopę na hali pod lasem znajdziecie.Teraz w drogę ruszajcie, do szopy się bierzcieZ muzyką tam zachodźcie i dary zanieście.I ja też się wolno za wami powlokę,Tylko się w nowy serdak, w czuhę przyoblokę,Bo już wieczór i niebo iskrzy się gwiazdami,Słońce za las zachodzi, a miesiączek wschodzi,I złotą chmurę swoim rogiem bodzie,A wy, ludkowie, co się tak śpieszycie,Aby zobaczyć w żłobie to maleńkie Dziecię,Bierzcie się za tą gwiazdą, co nad lasem świeci,Co tak jasno błyszczy wpośród chmur zamieci.Ona przed żłób Jezusa — Trzech Królów prowadzi.Kacper, Melchior, Baltazy zwą się Ci Królowie,A skąd idą, — potem każdy się z was dowie.

Teraz pod wieczór lasy w sinej daliI góry się ściszyły i wiatry na hali, —Cały świat się ucisza przed tą świętą nocą,A biednych serca z radości łomocą.I jak te bystre wody w potokach się ciszą,Tak się miłością ludzkie serca ukołyszą. —

W górskiej polanie lilje kwitnąsą to fiolety śniegu i chmurlasy szyszaki z liści zielonych kiściądźwięczą i skrzypiec — wiatrów strunywspomnienie staruszki chaty w górachukrytej w śnieżnych falach i głąbdalekich górskich pasm i wstągroje pszczół szumią to jodłybrzęczą znów, bladą muzyką lirwstążkami ścieżek w dolinach w grańskalną pełznących granitów tłumuśpieszą się biegną mrówki trzódszczekają psy po halach wiatr niesiejak młoty jak brzęk kamieni o stalkrzyki pasterzy pieśni ptakówjodeł śpiewy organ w kościelezłoty brzęk kluczy i miedźdzwonów w śnieżnych świątyniacha w małej skulonej szopiewśród gór, wśród ciemnego lazuru plamlasów dalekich ugrowych siółw szopie gdzie w żłób skrzesany świerkpachną jasne kędziory ziółstado owiec pobekuje w gródzyi krowy mruczą jak pod wieczór sowya w żłobie Dziecię trzepoce rączkamiMatka nad Dzieckiem klęczy schylonawpatrzona w jasne studnie oczu i rzęskwili Dziecię ptaki w lesie kwilątą najpiękniejszą dla Matki muzykąlecącą w chmury w ciszę skał

a w progu stoi siwy cieśla Józefw starym kożuchu z kijem w ręcewpatrzony w niebieszcz turni i grańgrających wiatrem muzyką chmur,zza chmur gwiazdy błyszczą jak rójszpilek, brylantów, pereł lub rójświętojańskich robaczków i skierdalekich pasterskich ognisk i watrTatrów lodowe turnie i chmurszukających gonitwy z księżycemod wsi od łąk polan i siółdymnych szarych tłumnych chatidą gromadą z muzyką dzwoniącą,huczące chrząszcze, bas i flet,polana w śniegu zakwitła jak sadogród ludzkich oczu i kwiatówwpatrzonych w Dziecię, Matkę i żłóba gwiazda gwóźdź żarząca się w lazurzeprzebiła strzechę szopy i zrąboświetliła szarej stajni żłób,Dziecię z Matką i tłum pasterzyi śnieg przemienia w kwiaty i obłokw welon wiosny i ciepły wiatr świeżyi przed szałas prowadzi królów i pasterzy.to gwiazda betlejemska co miłość zwiastuje

(staje nad morzemmorze faluje i błyszczySłońce)

życie się składa jak pieśńjak rózga brzozowaz wielu cienkich pręci stalowychosadzona w ziemię rozkwitaliśćmi zielonego eukaliptusuświęty który nie możeznieść życia w szacie z złotogłowiubez szychu bez sztyletuktórym się wydrąża piersi ludzkiejak ziemia czerwona od morzaskały głowy olbrzymów łysychpługi okrętów orzących morzeidzie drogą wężową wśród skałwęszy jak wilk — jak orzeł oczami uderzastaje nad morzemwita falewita mewy dotyka przestworzarozgląda sięłamie napół morzeszuka głębi gdzie rosną koralei patrzy w wybrzeżagdzie kwitną róże i dalje.

(w łachmanach idzie drogą mówi do siebie)widziałem jak szły tędy bochenkiku miastu na targ dla ludzio chleba — o chleba dajcietak ciężko gdy głód się budzichciałem głód schować dla siebie

jak myśli plugawe się taigdy dusza nie — a ciało w potrzebiegdy życie idzie w rozstaje

jak wielkie góry są chlebybrązowe u wierzchołkaten tylko chleba dostaniekto pracę ma dla potrzeby.

ta ręka szukała gwałtuta noga kopała piersiten palec wytykał śmiesznośćten nos dmuchał pochlebstwemto oko syczało wzgardąte usta kłamały miłośćto łono gniotło rozpustęte uda drżały jak dzwonna wielki karnawał chucipośladki były jak gachyw wielkim zamtuzie życiato ciało parskało pianąjak świnia błotem kałuży

bijcie mnie, bijcieja chcę wiedzieć kto jestem...

wyłaźże z tego niegdyś panajak z morza brudu i pianyte plecy które leżałyna pierzynie i na śpiewnem łożuto morze ciała które falowałow zatoce wielkiego wieprza

Święty wstaje wdziewa na się sukniei kroczy zamyślony nad morzemTłum idzie za nim.

Comments

Loading comments…