Pieśń I
Translated from English by Antoni Edward Odyniec
Pieśń ostatniego minstrela
Umilkł w Branksom gwar biesiady,Do tajemnych komnat gmachuSamotna odeszła Lady.Do komnat, których drzwi potężne czaryTajemniczemi zamknęły słowami: —Słów tych nikt wspomnieć bez strachu,Powtórzyć nie śmie bez kary: —Jezus Marya zmiłuj się nad nami!Nikt oprócz Lady, za żaden skarb ziemnyNie śmiałby wstąpić w ten gmach jéj tajemny,
W biesiadnéj sali gwarliwa drużyna,To stoi kołem przed ogniem komina,To znów pod ręce wzdłuż chodząc pospołu,Ciągnie rozmowy zaczęte u stołu.
Na potrząśnionych gałęźmi kamieniachŚpią psy myśliwe, i w sennych marzeniachW głos gonić zwierza zdają się śród boru,Z Tewiotstonu do Eskedalmoru.
Dwudziestu dziewięciu szlachetnych rycerzyWciąż w zamku Branksomskim gościło;Dwudziestu dziewięciu, w bogatéj odzieży,Na rozkaz ich paziów służyło;Dwudziestu dziewięciu rycerskiéj młodzieżyRumaki ich w stajniach karmiło;A wszyscy waleczni, ojczyzny nadzieja,A wszyscy są krewni hrabiego Bukleja.
Dziesięciu z nich w kolej, na pierwszy znak trwogi,Gotowych co chwila do boju lub drogi,Z orężem u pasa, z ostrogą u nogi,W dzień i w nocy nie zrzuca zbroicy;Na swych twardych puklerzach,W nierozpiętych pancerzach,Chwilę ledwo snu dadzą źrenicy;W rękawicach ze staliZa stół nawet siadali,Wino pili przez kratę przyłbicy.
Dziesięciu giermków, wprawionych do broni.Trzyma przed gankiem kopije rycerzy;Trzydzieści zbrojne osiodłanych koni,Dziesięciu w rękach wodzi masztalerzy;Każdy koń z kitą piór strusich u skroni,Za każdém siodłem buzdygan się jeży;Sto innych w stajniach zostaje się w domu. —Taki jest zwyczaj na zamku Branksomu.
Dla czegóż te konie pod siodłem tak stoją?Dla czego rycerze czuwają pod zbroją? —Czuwają, by w porę brytanów szczekanie,By w porę posłyszeć strażników wołanie;By zdala nad chmurą kurzawy wzniesionyŚwiętego Jerzego krzyż dojrzeć czerwony;By w porę pośpieszyć i bronić swych właści,Przed Skropem, lub Percym, wsławionym z zdrad tylu,I nie dać się ubiedz Howarda napaści,Z Warkwortu, z Nawortu, z pięknego Karlilu.
Taki jest zwyczaj na zamku Branksomu. —Mężni rycerze bronią go i strzegą:
Lecz on, pan zamku, wódz Buklejów domu!Miecz jego straszny jak łyskanie gromu,Rdzewieje nad grobem jego! —Rok ledwo upłynąłJak lord Walter zginał,Gdy nie syt krwi bratniéj i mordu,Niezgodę na nowo.Straszliwą, domową,Rozniecił Karr, baron z Cessfordu.Gdy lud z nad granicyPierzchał ku stolicy,Gdy Edymburg nawet krwią spłynął:Tam w dymach pożogi,Lord Walter bez trwogi,Broniąc swoich, walczył i zginął.
O! straszna wojno pychy rodowéj,Wojno sąsiedzkiéj zawiści!Kto cię rozbroi? kto z KaimowéjZbrodni twych wodzów oczyści?…Ach! — próżno razem w pielgrzymim stroju,Do miejsc cudownych szli wszędy;Próżno za dusze poległych w bojuWspólne sprawiali obrzędy:Póki w Cessfordzie włada dom Karrów,Buklej w Etryku przewodzi:Póty zawziętość odwiecznych swarów,Z pamięcią rzezi, klęsk i pożarów,Z ojca na syna przechodzi.
Lud wojowniczy załamywał ręceNad trumną lorda Waltera;Niewiasty w łzami uroszone wieńceStroiły grób bohatéra.Lecz łzy ni kwiatu pozostała wdowaNie uroniła na grobie;Nadzieja pomsty i duma surowaDodały męztwa w żałobie.Aż gdy wkrąg patrząc na twarze żałośne,Syn mały w domu zawołał:„Pomszczę się ojca, niech tylko podrosnę!“Żal dłużéj kryć się nie zdołał,Łkając go swemi okryła pieszczoty,I łzy jéj wdowie zlały twarz sieroty.
W stroju z rozpaczy starganym,Na wiatr rzuciwszy włos,Nad ojcem swym ukochanymAnna płakała w głos.Lecz prócz żałości dziecinnéj,Był jeszcze powód łez inny:Bojaźń o przyszły los.Serce jéj gore miłością —Przed nimby tylko z ufnością
Odkryła głąb tajemnicy;Lecz twardéj matczynéj duszy,Wié, że ni zmiękczy, ni wzruszy,Prośba ni rozpacz dziewicy.Lord Kranston jéj oblubieniec,Cessfordów był pokrewieniec,Herb jeden na ich sztandarach;A wié, że matka jéj sroga,Wprzód niż ją wydać za wroga,Woli wprzód ujrzéć na marach.
Lady ród wiodła wysoki.Ojciec jéj, mędrzec głęboki,Szczep możnych Bethunów domu,Za morzem szukał nauki,I w Padwie uczył się sztukiNiedozwolonéj nikomu.Wieści krążyły u ludu,Że czynił, czego bez cuduCzłek nie dokaże swą siłą;I w dzień, gdy szedł w zamyśleniu,Ni przed nim, ni za nim cieniuOd ciała jego nie było.
Po ojcu, mówią, z dziecięciaLady tę sztukę posiadła,Że na jéj straszne zaklęciaNadziemskie drżały widziadła. —
I oto właśnie, w swéj niedostępnéj,Zaczarowanéj wieży posępnéj,Powstawszy z gniewem, słucha łoskotu,Co się wzniósł nagle z fal Tewiotu.Ryk-że to wody, co gdy przybierze,Chce swe skaliste skruszyć nadbrzeże?Szum-że to wichru, co między lasyZ twardemi dęby idzie w zapasy?Trzęsienie ziemi, czy łoskot gromu,Co wstrzasł jak z posad mury Branksomu?
Przerażone echem dzikiémPsy zawyły z przestrachu;Ćma puszczyków, z głośnym krzykiem,Rozpierzchła się po gmachu.Goście z miejsc się swych porwali,Tłum ku oknu się spycha:Myślą, burza! — patrzą z sali,Lecz noc jasna i cicha.
Lady odgadła powód łoskotu.Nie był to łoskot fal Tewiotu,Nie był to wicher burzy dalekiéj.Nie grom to wstrząsnął Branksomu mury:Lady poznała, że Duch to rzeki,Przemawiał do Ducha góry.
„Śpisz-li bracie?“
— „Bracie, nie! —Księżyc w pełni świeci mnie.Na kobiercach moich z wrzosu,Od Skelf-hillu do Craig-crossu,Pod drzewami, nad zdrojami,Tłumy Sylfów girlandami,W przezroczystéj tańczą mgle.Wstań, i obacz tan ich zręczny,Wstań, i usłysz śpiew ich wdzięczny,Luby bracie, odwiedź mnie!“ —
— „Nurt mój mącą łzy dziewicy,Pięknéj Anny z Branksomu,Co swéj serca tajemnicyNie śmie zwierzyć nikomu.Powiédz ty, co widzisz gwiazdy,Prędkoż mordy i najazdy
Wezmą koniec na granicy? —Co sądzono dla dziewicy? —Gdzie jest kres jéj doli złéj?Kto ma zostać mężem jéj? —
— „We mgle krąży Wóz Artura;Niedźwiedzica zamroczonaPatrzy groźno; czarna chmuraStoi w pasie Oryona.Wyższe gwiazdy w ćmie obłoków —Nie wyczytać ich wyroków!Lecz nie pierwéj wszystko wróży,Wojnie koniec, ludziom zgodę,Aż się pycha upokorzy,A miłość zyszcze swobodę.“ —
Nadziemskie duchy mówić przestały,I łoskot umilkł w przestworze;Tewiot tylko pluska o skały,I drzewa szumią na górze.Ale w Branksomie jeszcze się szerzyEcho ich głosów złowieszcze:Bo brzmi dokoła zaklętéj wieży,I w uchu Lady brzmi jeszcze.
Porywczo i śmiało,Z postawą wspaniałą,Postąpiła ku oknu i mówi:„Góra wasza pęknie,„Rzeka w ziemię wsięknie,„Nim ja córkę oddam wrogowi!“ —
I śpiesząc dąży przez samotne gmachy.Gdzie śród domowych i gości,Syn jéj, w pancerzu i w szyszaku z blachy,Bawi się z krzykiem radości.I małym w ręku wywijając kordem,Na kiju biega po sali,Krzycząc, że jedzie na wojnę z Cessfordem,I zamki wrogów popali.Starzy wojacy giestami i słowyDodają dziecku ochoty;Serca ich twarde jak puklerz stalowy,Wzrusza wesołość sieroty.Patrzą, i wzajem szepcą wróżby ciche,Że byle tylko rósł w zdrowiu,Poniży kiedyś Jednorożca pychę,Wskrzesi blask Gwiazdy i Nowiu.
Lady przez chwilę z matczyném wzruszeniemSpójrzała na widok ten,I wnet, wkrąg bystro rzuciwszy spójrzeniem,Wyszła — wezwawszy za sobą skinieniemWiljama de Deloraine.
Z tylu rycerzy, co w zamku gościło,Nikt mu nie równał postawą i siłą;Nikt na turniejach, ni w bitew natłoku,Kopii zręczniéj nie ułożył w toku.Od błot Tarrasu, do piasków Solwaju,Nikt nie znał lepiéj mieszkańców i kraju,Gdzie stokroć z łupem uchodząc przez jary,Zmylił najlepsze Percego ogary.W niczém dlań nigdzie nie było zapory:Przez góry, rzeki, przez lasy i bory,Wié wszystkie ścieżki, i ani się boiWczwał gnać po skałach, lub płynąć we zbroi.Jedno dla niego czas lipca czy grudnia,Ciemność północy, czy skwary południa;Niczém dla niego jest mord i pożoga,Gdy ma łup dostać, lub napaść na wroga.Pięćkroć przez Szkocką wygnany królowę,Unosił życie w kraj nieprzyjacielski:I pięćkroć wracał, gdy na jego głowęCenę nałożyć król kazał Angielski.
„Rycerzu! — rzekła Lady — téj nocy„Trzeba mi twojéj wiernéj pomocy.„Weź najlepszego konia ze stajni.„I co najśpieszniéj, i co najtajniéj.„Pędź do Melrozu! — Gdzie? zkąd? i po co?„Milcz! — lecz pośpieszaj, byś przed północą„Był tam, nim przebrzmią modły wilii! —„Pytaj o mnicha Świętéj Maryi.„Pozdrów i powiédz, żem cię przysłała:„Że przyszła chwila, i że wam obu„Poruczam dzisiaj zdobyć Skarb Grobu.„Bo dziś Świętego wilja Michała:„Gwiazdy zamglone, lecz księżyc czysty. —„Czas wam i miejsce krzyż wskaże krwisty.
„Co ci mnich odda, strzeż i ukrywaj!„Wracaj! — nie stawaj, ani spoczywaj!„I czy to będzie pismo, czy księga,„Niech do niéj twoje oko nie sięga;„Bo gdybyś zajrzał, albo dochodził —„Lepiéjby było, byś się nie rodził!“ —
— „O! nie bój się Lady! mój dzielny koń gniady„Niech tylko się kopnie z kopyta,„Za Bozką pomocą, tam dziś przed północą.Tu staniem nim zorze zaświta.
„I szukać daremnie, lepszego odemnie„Do spełnienia twojego rozkazu:„Bo jako Bóg żywy! jam rycerz prawdziwy!„Książki w ręku nie miałem ni razu.“ —
Rzekł, dopadł konia, wzmocnił się w łęku,Kopiję z giermka pochwycił ręku,Ścisnął ostrogą — przez most zwodowyZagrzmiał jak piorun tentent podkowy.Przez las, na prawo, szybkim zawrótem,Puścił się drogą nad Tewiotem.W bok Goldilandu granicznéj wieży,Skalnych Bortwiku dotarł wybrzeży;W mgle Moat-hillu szczyt ujrzał głuchy,Gdzie dotąd błądzą Druidów duchy;Z okien Hawiku, światła w pomrokuJak wstęga tylko migły mu w oku;I wnet jak widmo straszne dla gminu,Przemknął około bram Hazeldinu.
„Kto? stój!“ — strażnicy z baszt zawołali.— „Swój — rzekł — z Branksomu! — i pędził daléj.Skręcił na północ brzegiem strumienia,Na stromą górę wbiegł bez wytchnienia;Aż nieznużony po trudach tylu,Ujrzał półdrożną błoń Horslie-hillu.
Na lewo przed nim pasem leżała,Odwieczna Rzymian droga wspaniała.
Tu wstrzymał konia, lecz się nie bawił:Obejrzał oręż, siodła poprawił,I wskok znów daléj! — Jasność księżycaOlbrzymie Mintu skały oświéca,Zkąd głośny w pieśniach, zbójca przemożny,Czyhał przed laty na łup podnożny,A trąbki jego dźwięk między skały,Tysiączne echa w grom zamieniały.Delorraine myśląc o nim, żałowałŻe go dziś nié ma, by z nim spróbował!
Szybko i prosto, jak grot do celu.Przeleciał bujne pola Riddelu,Gdzie Ail z jeziór i z gór wezbrany,Wrąc z szumem tłucze o skalne ściany,I jak wędzidła koń niecierpliwy,Fal swych pieniste wydyma grzywy.Ale dla gońca nié ma przeszkody!Wprost, jak gnał czwałem, wskoczył do wody.Nigdy mąż cięższy, w nocnym pomroku.Nie walczył z szybszym nurtem potoku.Koń się ponurzył: — jeździec bez trwogi,Spiął go wędzidłem, dodał ostrogi;
Koń wzbił się na wierzch — nozdrza rozszerza,Fala dosięga piersi rycerza,Pryska nad głowę: — lecz w nim odwagaZ niebezpieczeństwem równo się wzmaga.Zwrócił na ukos, i z biegiem prąduKierując zręcznie, dobił się lądu.Koń nie miał czasu parsknąć na brzegu,Pan go znów bodźcem zmusił do biegu.
Przez Bowden-Moru pędząc bezdroże,Halidon-Hillu obaczył wzgórze,I westchnął z smutném wstrząśnieniem głowy. —Bo w myślach jego stanął dzień owy,Straszny dzień piérwszy wojny domowéj,Krwawy początek dziedzicznych swarów,Przyjaznych dotąd Skottów i Karrów.Gdy król, w Duglasów tęskniąc przemocy,Wiernéj Bukleja wezwał pomocy,A wodze Karrów, w stanowczéj chwili,Zwycięztwo jego w klęskę zmienili;A śród pogoni, ciżby i mordu,Legł z nich najpierwszy, baron z Cessfordu. —
Z gniewem w bok konia topiąc ostrogi,Deloraine mijał widok złowrogi;Aż z góry we mgle ujrzał w oddali,Cień wież Melrozu, błysk Twidu fali.
Olbrzymi naksztalt skały szerokiéj,Gmach się kościelny dźwigał w obłoki,A wkoło w massach skupione mury,Zdały się gruzem zwalonéj góry.W Hawiku słyszał hasło wieczoru,Tu dzwon się ozwał z wieży klasztoru —Księża na Laudes idą do choru.„Ha! w sam czas!“ — jeździec krzyknął z pociechą.I podwojone kopytów echo,Jak grom się przed nim tocząc wzdłuż łanu,Spotkało z świętym brzmieniem organu,Co z bram kościelnych wiatr niósł na błonia. —Deloraine w bramie zeskoczył z konia,I przy ostatniéj nócie nieszpornéj,Jak duch wpół widny we mgle wieczornéj,Szedł ku podwojom fórty klasztornéj.
Tu stróny zmilkły; — z echem ich brzmienia,Zgasł w duszy wieszcza zapał natchnienia.Skromnie ku arfie pochylił czoło,Nieśmiałym wzrokiem rzucił wokoło;Znać, że w obecnych twarzy i oku,O pieśni swojéj szukał wyroku:I jakby nie śmiąc ufać pochwale,Nieco o dawnym wspomniał zapale,I jak w nim nędza i wiek zwątliły,Lepsze za młodu pamięć i siły.
Księżna i wszystkie damy orszaku,Umiały pojąć wieszcza w śpiewaku,I z szczerém czuciem, głośno oddałyJemu i pieśni winne pochwały.Starzec ośmielon słodką ich mową,Tak pieśń swą nócić zaczął na nowo.
Comments
Loading comments…